I tu nie chodzi o żaden formalny przepis. Nikt nie wyciąga regulaminu Sejmu ani kodeksu dobrych manier. Zwrot „panie marszałku” nie jest grzecznościowym dodatkiem wobec Włodzimierza Czarzastego. Jest uznaniem powagi urzędu i Sejmu, który ten urząd reprezentuje. Tak samo „panie prezydencie” nie jest ukłonem wobec Karola Nawrockiego, tylko wobec głowy państwa. Kto mówi nazwiskiem i dopiskiem „z Trybunału”, nie obraża prywatnie człowieka, tylko odbiera powagę instytucji, którą tamten sprawuje z woli narodu albo z mocy ustawy. A kto sam nie chce być „Włodzimierzem Czarzastym z Sejmu”, dobrze wie, że tytuł nie należy do niego. Należy do izby.
Co na to marszałek? Odburknął. „W sprawie pana Święczkowskiego, nie uznaję pana Święczkowskiego, byłego szefa ABW, za szefa Trybunału Konstytucyjnego.” Nie uznaje i „tyle w tej sprawie”, a „w sprawie pana prezydenta i tak jest łaskawy wobec tego, co robi”. Zero skruchy, refleksji. Buta. „Niech pan zwraca uwagę swojemu szefowi, jak ma się odzywać i jak ma się odnosić do innych ludzi” – dorzucił, zapominając, że nie tylko Nowina-Konopka, ale każdy Polak jest Szefem polityków. Dopytywany, czy mamy zatem mówić o „Włodzimierzu Czarzastym z Sejmu”, zmilczał ze skwaszoną miną.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
W tym punkcie jesteśmy. Druga osoba w państwie, opłacana przez obywateli, której obowiązkiem jest służyć wszystkim Polakom, rozdaje łaskę urzędom, których nie lubi. To nie jest spięcie o etykietę, tylko odmowa uznania wyboru obywateli, mających inne poglądy. Urząd i jego godność znika, bo nie jest z naszej „bandy”.
Bumerang hipokryzji
A przecież latami to samo środowisko uczyło nas, że „zaczyna się od słów”. HejtStop, kampanie przeciw mowie nienawiści, kazania o upadku debaty. Słowo rani, słowo wyklucza, słowo jest wstępem do odebrania człowiekowi miejsca i życie. Mocne słowa za każdym razem padały w tej kwestii i obowiązywały dopóty, dopóki hejt był cudzy. Dziś hejt jest własny i nikt już „nie przeszkadza”. Minister sprawiedliwości, Waldemar Żurek, potrafił tego samego dnia w jednej z rogłośni dopowiedzieć do orędzia głowy państwa domysł o „snusowym”, który „dał mniej snusów”. Nie spór o treść, o decyzję, tylko obrzucenie błotkiem. Godne Silnych Razem, nie człowieka, który ma stać na straży prawa.
Powrót za stodołę
I tu wraca Będzin. Dwa tygodnie temu ten sam marszałek opowiedział, czym jest dla niego Europa. Maluch, jedenaście godzin na granicy, zepsuty termos i puenta, którą sam zapowiedział słowami „pewnie nie powinienem tego mówić”: „Sr(*)em w polu, bo nie było po prostu kibli”. Potem „śmierdzące kible moczem” i wyznanie, że jak słyszy, iż Unia jest złem, to „rz(*)ać mu się chce”. Proste? Proste. Kibelek dla niego jest miarą cywilizacji, a bez Brukseli bylibyśmy zacofani. Drogi, oczyszczalnie, wzrost płac? Nie praca Polaków i nasz wspólny sukces, tylko dar z zewnątrz dla ludzi, którzy bez nadzoru żyliby w lepiance. Pedagogika wstydu, dobrze znana z PZPR: Francuz może powiedzieć, że odbudował państwo, czuć dumę ze swoich osiągnięć, a Polak ma wiecznie dziękować. Innym.
