Reklama

Moja Afryka

Dodaj nasz portal do preferowanych źródeł Google
Artykuły z niedziela.pl będą pojawiać się częściej w Twoich wynikach wyszukiwania

W zaproszeniu na jubileusz 25-lecia posługi kapłańskiej i misyjnej, które miałem zaszczyt otrzymać, znajduje się fragment z codziennych zapisków o. Kazimierza Szymczychy SVD, stanowiący w moim mniemaniu treść i najgłębszy sens jego drogi życiowej, o czym przekonałem się podczas naszej rozmowy: „Pragnę, aby Twarz Jezusa z Nazaretu napełniała moje istnienie i nigdy z niego nie wychodziła, pozwalając mi spotkać Jezusa w Drugim Człowieku”. Wierny tej idei, doczekał pięknego jubileuszu, a uroczystość dziękczynienia Bogu i ludziom odbyła się 27 czerwca br. w Ostrowie k. Radymna w kościele parafialnym.
Na okładce książki jego autorstwa, pt. „Dialog chrześcijaństwa z wartościami religijnymi bantuskiego ludu Jansi w Demokratycznej Republice Konga”, znajduje się krótki biogram:
„Kazimierz Szymczycha SVD, doktor teologii (KUL), afrykanista, misjonarz, od 2007 roku dyrektor Centrum Kultur Afrykańskich w Bandundu w Demokratycznej Republice Konga. W latach 1985-1998 był misjonarzem w Kongo, studia specjalistyczne w zakresie katechezy i duszpasterstwa w Louvain-la-Neuve (1998-2001) zwieńczone licencjatem, wychowawca w werbistowskim panafrykańskim Wyższym Seminarium Duchownym w Kinszasie (2001-2004), studia doktoranckie na specjalizacji religioznawstwo w Instytucie Teologii Fundamentalnej KUL (2004-2007) zakończone doktoratem. Zainteresowania naukowe: dialog międzyreligijny, tradycje religijne Afryki, inkulturacja Ewangelii w Afryce”.
Ta lakoniczna informacja niewiele mówi o samym człowieku, jego pasji, radościach i marzeniach, ale też wątpliwościach, strapieniach i misyjnym trudzie. Mam nadzieję, że ten tekst przybliży nieco tę ciekawą, trochę egzotyczną postać, której spotkanie było dla mnie zarówno niezwykłą przygodą, jak i nauką, iż bez poświęcenia, wyrzeczeń i pełnego oddania sprawie, nie da się osiągnąć zamierzonego celu.
Kazimierz Szymczycha urodził się 3 czerwca 1959 r. w Ostrowie k. Radymna. Jego życie toczyło się wokół parafii, tym bardziej, że mieszkał w pobliżu kościoła i plebanii. Tradycje religijne rodzinnego domu sprawiły, że już od młodych lat umacniała się w nim naturalna więź z Kościołem. Będąc ministrantem, przez trzy lata ani razu nie opuścił Mszy św. Już wtedy budziło się w nim powołanie do kapłaństwa, a kończąc szkołę średnią - Liceum im. M. Kopernika w Jarosławiu - nie miał wątpliwości, jaką drogą pójść w dorosłe życie. Nie obnosił się ze swą decyzją, dlatego zwolenniczka jego wyboru, wychowawczyni Zuzanna Kobierzyńska, dokonując wstępnego typowania na studia wyróżniających się uczniów, świadectwo z czerwonym paskiem Kazimierza wsunęła pod spód, by nie blokował miejsca innym, bo przecież on szedł do przemyskiego Seminarium. Przez dwa lata studiów filozoficznych krzepło w nim umiłowanie kapłaństwa, ale też z czasem zaczął pojawiać się niepokój, a także fascynacja inną formą kapłańskiej służby. A zaczęło się wszystko od rozmów z seminaryjnym przyjacielem, ks. Janem Klichem, który w gotowym do największych wyzwań Kazimierzu zasiał tajemniczą i dręczącą umysł potrzebę pracy misyjnej. Kazimierz zwierzył się ze swych zamiarów ojcu duchownemu Seminarium, ks. prof. Stanisławowi Zygarowiczowi, dzisiejszemu infułatowi, który widząc zapał i determinację młodzieńca, zachęcał go i wspierał w formalnym przejściu do werbistów. Wielki wpływ na ostateczną decyzję miały pielgrzymki do Kalwarii Pacławskiej, gdzie przyszły misjonarz nieraz powierzał swe troski Matce Bożej Kalwaryjskiej. To miejsce na zawsze pozostało w jego sercu. Spotkał tam wtedy misjonarza z Zairu, obecnie Konga, którego opowieść zawładnęła jego wyobraźnią i rozpaliła w sercu miłość do Afryki. Na mocy porozumienia między rektorem Seminarium w Przemyślu, a prowincjałem werbistów, został oficjalnie przyjęty do nowicjatu i to doświadczenie okazało się ciężką próbą. W swoich wspomnieniach porównuje je do górskiej wspinaczki. „Byłem już na szlaku i gdy zdecydowałem się go zmienić, musiałem zejść na dół i rozpocząć mozolną wędrówkę od nowa sam, bo koledzy z mojego rocznika doszli już dalej, a ja tkwiłem u podnóża góry”. Ogarnęło go zwątpienie i rezygnacja, poszedł już nawet zabrać dokumenty, ale w końcu uległ perswazji mistrza nowicjatu i pozostał. 15 czerwca 1985 r. w Pieniężnie przyjął święcenia i wymarzona Afryka stanęła przed nim otworem. Pierwszy rok spędził w stolicy, Kinszasie, która wedle europejskich wyobrażeń nie jest metropolią, lecz jedną, wielką wioską. „Przycupnął”, jak to określa, w normalnej miejskiej parafii, gdzie uczył się pilnie języków i najważniejszej cechy misjonarza - cierpliwości. Potem przeniesiony został do pracy w tropikalnej dżungli, czyli na pierwszą linię misyjnego frontu. Parafia obejmowała 31 wiosek położonych na ogromnym terenie. Aby dotrzeć do ostatniej z nich, musiał przejechać 70 km samochodem i przejść 160 km pieszo. Okazało się, że tubylcy z tej ostatniej wsi, podobni do Pigmejów, pierwszy raz w życiu ujrzeli białego. Warto dodać, że „biały” w Kongu nie kojarzy się dobrze, bowiem żyją tam jeszcze tubylcy pamiętający czasy kolonializmu, kiedy za odmowę pracy dla Belgów obcinano rękę. Ojciec Kazimierz regularnie odwiedzał parafialne wioski, regularnie, to znaczy przynajmniej dwa razy w roku, zwykle w towarzystwie przyuczonego przez poprzedników miejscowego katechety.
Praca na froncie misyjnym stała się jego pasją. Wędrował po bezdrożach, pływał łódką, nocował w poszczególnych wioskach i uczył się życia. Rychło zrozumiał, że dzieli ich wszystko: kolor skóry, język, pochodzenie, dziedzictwo kulturowe i religijne, ale łączy człowieczeństwo. Przez 12 lat pracy, najpierw jako wikariusz, a następnie proboszcz kolejnej parafii, dojrzewał do tego człowieczeństwa. W nim tkwiły wspólne wartości budujące wzajemną więź i zrozumienie, w końcu zręby wspólnoty chrześcijańskiej. W czasie długich rozmów przy ognisku, kiedy tajemnicze, a czasem groźne odgłosy dżungli mąciły nocną ciszę, odbywała się największa katechizacja. W trakcie poznawał ich kulturę, zwyczaje, mądrości ludowe. Drogą cierpliwego dialogu, w którym nie było tematów obojętnych, nasączał ich umysły treścią chrześcijańską. Afryka nauczyła go kilku rzeczy. Po pierwsze, iż Pan Bóg kocha każdego człowieka, w związku z tym podmiot Bożej miłości godzien jest szacunku i akceptacji bez względu na pochodzenie, a Kościół, by mógł funkcjonować, musi być ludzki, a to znaczy, by każdy człowiek czuł się w nim dowartościowany. Po wtóre, niczego nie należy narzucać czy nakazywać, lecz, jak Jezus z Nazaretu, proponować. „Jeśli chcesz, sprzedaj wszystko, jeśli chcesz, idź za mną”. Wreszcie, umieć rozpoznać poprzez poznanie ich kultury te wartości, które już z natury są religijne, chrześcijańskie, a jest ich bardzo dużo. O. Kazimierz szczególnie zainteresował się istotą małżeństwa. Zajął się pastoralnym problemem, który stał się wiodącym tematem jego studiów, dotyczącym sposobu powiązania tradycyjnego małżeństwa afrykańskiego z sakramentalnym małżeństwem chrześcijan, tym bardziej, że zarówno tradycyjne małżeństwo afrykańskie, jak i chrześcijańskie, z natury jest religijne, ale są różne sposoby jego zawarcia. Jezus, w Kanie Galilejskiej nie kontestował tradycyjnego małżeństwa żydowskiego, On w nim tylko uczestniczył, a małżeństwa różnych kultur odbywały się wedle nakazów tradycji aż do soboru trydenckiego (po więcej szczegółów odsyłam do książki, o której wspomniałem na wstępie).
Nie sposób w jednym artykule ogarnąć głębi misyjnej posługi o. Kazimierza, bo oprócz tej „pracy u podstaw” rozwijał się intelektualnie, sprawował wiele odpowiedzialnych funkcji, a przy tym wyznaczał sobie wciąż nowe zadania. Ojciec Kazimierz kocha Afrykę, gdyż stała się ona jego drugą Ojczyzną, choć w swej skromności nie wspomina o trudzie i cierpieniu, którego doświadczył, a przecież śmiertelna odmiana malarii, którą przeżył, to tylko jedno z nich. Nie narzeka, bo dla malkontentów nie ma tam miejsca. Nade wszystko ciągle cieszy go kapłaństwo. „Jest dla mnie tajemnicą i darem od Boga” - powiedział na zakończenie naszej rozmowy - „On tak chciał, a ja dopełniam tylko Jego wolę. Kapłaństwem żyję na co dzień. Jest we mnie żywe, sprawia mi radość i nie spłowiały jego uroki. Staram się okazywać to na każdym kroku, szczególnie w moim ukochaniu sakramentów. Nie szafując wielkimi słowami, tak normalnie, po ludzku, powiem, że jeżeli budzę się rano i jeszcze chcę, to ta ochota jest argumentem, by ciągle powstawać, nawracać się i oddawać się sprawom, którym służę. Jest we mnie zadowolenie z tego, kim jestem i co robię”.
Skończy się urlop i ojciec Kazimierz wróci do swoich, bo przecież dopiero uchylił jakieś drzwi, a trzeba otworzyć je na oścież, by tamtym ludziom było łatwiej iść do Boga.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2010-12-31 00:00

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Oceń: +1 -1 dodaj do źródeł Google

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Płacz dziecka rozumie każdy

2026-10-29 22:09

Paweł Pasionek

Andrzej Piszczek rozdaje piernikowe serca

Andrzej Piszczek rozdaje piernikowe serca

- Nie każdy może dokonać wielkich rzeczy, lecz każdy może uczynić konkretne dobro – powiedział ks. Tadeusz Celusta.

W niedzielę 25 października w Marcinkowicach, koło Nowego Sącza odbyły się uroczystości przypominające udzielenie schronienia 72. węgierskim dzieciom, które zostały ewakuowane z Budapesztu rozjeżdżanego przez sowieckie czołgi podczas tłumienia rewolucji węgierskiej 1956 r.
CZYTAJ DALEJ

Policja wkroczyła na teren Trybunału Konstytucyjnego. Prezydent podjął decyzję o powrocie do Polski

2026-10-30 18:24

[ TEMATY ]

policja

Trybunał Konstytucyjny

wkroczyła na teren

Telewizja Republika

Policjanci na terenie Trybunału Konstytucyjnego

Policjanci na terenie Trybunału Konstytucyjnego

Na terenie siedziby Trybunału Konstytucyjnego pojawiły się duże siły policyjne w rynsztunku bojowym. Funkcjonariusze mają na sobie białe kaski, kamizelki kuloodporne oraz tarcze policyjne. Nie można rozpoznać mundurowych, gdyż ich twarze są zamaskowane.

Wiceprezes Trybunału Konstytucyjnego nie może wejść do siedziby.
CZYTAJ DALEJ

Wyróżnienie dla dziennikarki „Niedzieli Małopolskiej”

2026-10-30 22:02

[ TEMATY ]

nagroda

Archidiecezja Krakowska

Maria Fortuna-Sudor z „Niedzieli Małopolskiej” i Bogdan Gancarz z „Gościa Krakowskiego” odebrali dziś z rąk kard. Grzegorza Rysia Złote Medale św. Jana Pawła II za Zasługi dla Archidiecezji Krakowskiej.

Ks. Piotr Studnicki, rzecznik Archidiecezji Krakowskiej, przywitał w Sali Okna Papieskiego odznaczonych Złotym Medalem św. Jana Pawła II za Zasługi dla Archidiecezji Krakowskiej, ich bliskich i przyjaciół oraz byłych jak i obecnych pracowników redakcji „Gościa Niedzielnego” i „Niedzieli”.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję