Kiedy przed laty powierzono mi rolę honorowego ambasadora Mazur w światowym plebiscycie na 7 Nowych Cudów Natury, przyjąłem tę propozycję bez wahania. Nie dlatego, że potrzebowałem jeszcze jednego tytułu, lecz dlatego, że chodziło o krainę szczególnie mi bliską. Dzieciństwo spędziłem w Ełku, wśród jezior, trzcin, starych lasów i dróg, które, wydawało się, kończyły się gdzieś na granicy ludzkiego świata. Tam po raz pierwszy zrozumiałem, że krajobraz nie jest jedynie dekoracją życia. Wychowuje człowieka, uczy go wrażliwości, porządkuje hierarchię wartości. To, co widzimy za oknem w dzieciństwie, pozostaje w nas często silniej niż szkolne lekcje.
Przemierzyłem później wszystkie kontynenty. Dlatego mogłem mówić bez kompleksów: Mazury nie muszą się wstydzić żadnej konkurencji. Nie mają monumentalności Wielkiego Kanionu ani egzotyki Galapagos, ale ich siła tkwi w czymś innym. Nie oszałamiają człowieka jednym widokiem. Zdobywają go powoli. Wchodzą w pamięć zapachem mokrego lasu, chłodem poranka, krzykiem ptaka dobiegającym zza trzcin i smugą światła drżącą na powierzchni jeziora.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
W ogólnoświatowej konfrontacji Mazury znalazły się w drugiej siódemce złotej listy najwspanialszych klejnotów światowej przyrody i zdobyły laurkę krainy najpiękniejszych jezior na świecie. Pokonaliśmy wszystkich finalistów z Europy i prześcignęliśmy takie rozpoznawalne ikony przyrody jak: Malediwy, Wielki Kanion Kolorado, Galapagos, Wodospad Salto Angel w Wenezueli, Skałę Uluru w Australii czy Wezuwiusz. Rozgłos w konkursie, w którym uczestniczyło kilkaset milionów internautów, ma niebywałą siłę rażenia i zapewnia wysoką rozpoznawalność na globalnym rynku. Nagle świat się dowiedział, że w środku Europy istnieje kraina wielkich jezior, kanałów, puszcz i mokradeł, zachowana w stanie, którego na naszym kontynencie niemal już nie spotykamy.
Zaangażowałem się w tę kampanię z temperamentem człowieka ekspedycji. Nie umiem robić czegoś połowicznie. Zabiegałem o wsparcie instytucji, mediów i ludzi życia publicznego. Przekonywałem, że to szansa dla całej Polski. Mazury mogły się stać naszą rozpoznawalną marką, symbolem kraju zielonego, pięknego i gościnnego. W kampanię włączyli się byli prezydenci, przedstawiciele Kościoła, artyści, naukowcy i sportowcy. Otrzymałem również słowa poparcia i błogosławieństwo papieża Benedykta XVI dla tych, którym leżało na sercu dobro tej ziemi.
Nie wszystko szło gładko. Jak zwykle nie brakowało obietnic bez pokrycia, urzędniczej obojętności i przekonania, że skoro coś jest piękne samo w sobie, nie wymaga promocji. Norwegia ma fiordy, Islandia – gejzery, Holandia – tulipany, a Szwajcaria – alpejskie jeziora. Polska ma Mazury, lecz przez lata zachowywała się tak, jakby posiadanie niezwykłej krainy było rzeczą zupełnie zwyczajną. Wielu sądziło, że jest to wyłącznie miejsce letnich wyjazdów, żaglówek, smażalni ryb i zatłoczonych promenad. Okazuje się jednak, że to jeden z ostatnich w Europie dużych obszarów, gdzie woda, las i niebo tworzą jeszcze naturalną całość.
Reklama
Śniardwy, Mamry, Niegocin, Tałty, Bełdany – cały Szlak Wielkich Jezior Mazurskich przypomina rozbudowany organizm wodny, w którym człowiek może się przemieszczać przez wiele dni, niemal nie wychodząc na ląd. Nie każdy jednak musi być żeglarzem. Mazury są również krainą kajaków. Krutynia należy do najpiękniejszych szlaków wodnych, jakie znam. Płynie spokojnie wśród lasów, trzcinowisk i morenowych wzgórz. Chwilami woda jest tak przejrzysta, że dno wydaje się na wyciągnięcie ręki. Pochylone drzewa tworzą nad rzeką zielone sklepienia, a ciszę przerywa jedynie uderzenie wiosła. Mazurski pisarz Karol Małłek mówił, że kto nie widział Krutyni, ten nie widział Mazur. Nie była to przesada.
Warto zapuścić się głębiej, poza najbardziej znane miejscowości. Mikołajki, Giżycko czy Mrągowo mają swoje atrakcje, porty, restauracje i letni gwar, lecz prawdziwe Mazury zaczynają się często tam, gdzie kończy się asfalt. W Puszczy Boreckiej można natrafić na ślady żubrów, a w Puszczy Rominckiej zobaczyć krajobraz przypominający północną tajgę. Są rozległe mokradła, torfowiska i niedostępne ostępy, w których życie toczy się według odwiecznych zasad. Nad polami krążą myszołowy i kanie, w trzcinach kryją się ptaki wodne, a o świcie nad łąką unosi się mgła.
Nie potrzeba wielkich wydarzeń. Wystarczy wcześnie wstać, usiąść na pomoście i patrzeć, jak jezioro odzyskuje kolory. Najpierw jest szare, niemal metaliczne. Potem pojawia się na nim pas różowego światła, następnie – złoto i błękit. Z drugiego brzegu dochodzi głos ptaka, którego nie umiemy nazwać. Gdzieś w oddali stukają o maszt pozostawione luźno fały. W takich chwilach człowiek przypomina sobie, że cisza nie jest brakiem dźwięków. Jest osobnym językiem.
Mazury nadają się znakomicie na rodzinny urlop, ponieważ każdy może znaleźć tam własny sposób odpoczynku. Jedni wybiorą żagle, inni rower, kajak albo długie spacery po lesie. Wędkarz będzie czekał na szczupaka czy sandacza, fotograf – godzinami obserwował ptaki, a ktoś zmęczony miastem po prostu położy się na trawie z książką.
Reklama
Warto zatem pojechać na Mazury, bo w coraz bardziej zunifikowanym świecie pozostają miejscem autentycznym. Nie wszystko zostało tam wygładzone, uporządkowane i zamienione w produkt turystyczny. Nadal można odnaleźć zatokę bez głośnej muzyki, leśną drogę bez tłumu i wieś, w której wieczorem naprawdę zapada ciemność. Mazury pozwalają zwolnić.
Trzeba jednak pamiętać, że popularność ma swoją cenę, słyszę nieraz, że masowa turystyka zadepcze Mazury. Każde sławne miejsce na świecie zmaga się z podobnym problemem. Widziałem przeciążone szlaki w Angkorze, tłumy pod Wielkim Murem Chińskim i turystyczny napór na delikatne ekosystemy. Przyroda nie obroni się sama tylko dlatego, że nazwaliśmy ją cudem. Potrzebne są dobra infrastruktura, publiczne toalety, miejsca na odpady i rozsądne przepisy. Trzeba chronić tereny lęgowe, mokradła i brzegi jezior, ale nie wolno zamykać całej krainy szklanym kloszem. Ochrona nie może oznaczać wypędzenia człowieka, lecz powinna uczyć go odpowiedzialnej obecności. Turysta powinien zostawić po sobie co najwyżej ślad stopy, a nie plastikową butelkę, worek śmieci czy plamę paliwa.
Równie ważny jest los mieszkańców. Żyją tam rodziny, które potrzebują pracy także poza krótkim sezonem letnim. Dobra turystyka powinna wspierać miejscowe pensjonaty, gospodarstwa, restauracje, przewodników i producentów żywności. Warto kupować lokalne sery, ryby, miody i wyroby rzemieślnicze, zamiast przywozić cały bagaż z supermarketu, a potem pozostawiać regionowi jedynie śmieci. Urlop może być nie tylko konsumpcją krajobrazu, ale też uczciwą wymianą między gościem a gospodarzem.
Nie namawiam do odwiedzenia Mazur po to, by zaliczyć kolejny punkt na mapie. Radzę przepłynąć jezioro bez pośpiechu, przespać noc przy odgłosach trzcin, obudzić się przed wschodem Słońca i przejść leśną drogą po letnim deszczu. Wtedy przestajemy oglądać Mazury jak pocztówkę. Zaczynamy je przeżywać.
Po wielu latach podróży wiem, że najcenniejsze miejsca nie zawsze są najbardziej spektakularne. Niektóre krzyczą swoim pięknem, inne natomiast mówią półgłosem. Mazury należą do tych drugich. Nie rzucają człowieka na kolana jednym monumentalnym widokiem. Powoli odbierają mu miejski niepokój, uczą patrzenia i słuchania. Kto przyjeżdża tylko na weekend, może zobaczyć jeziora. Kto zostanie dłużej, być może odnajdzie również coś, czego od dawna brakowało mu w samym sobie.
reporter, eksplorator
