Jeździliśmy do teściów na święta raz na kilka lat. To mała wieś, z której oni nie lubili się ruszać, a my – jechać godzinami najpierw w korkach, a potem po ciągnących się kilometrami wertepach. Ale ile razy byliśmy u nich, odprowadzał nas lodowaty wzrok sąsiadów zza płotu. A raczej bliskiej rodziny, z którą teściowie nie zamienili słowa od niepamiętnych czasów. Z tego, co się mówiło przy lepieniu pierogów albo wtedy, jak śnieg zwalił słup wysokiego napięcia i siedzieliśmy w chałupie przy świecach, nie gadali ze sobą już pradziadkowie. Nasi szczerze nie cierpieli sąsiadów, a ci mieli nas w głębokiej pogardzie. Gdy ciotka Magda rodziła, a były to lata 50., to nikomu nawet do głowy nie przyszło poprosić tamtych o podwiezienie na porodówkę. Jak u nich dopadł kogoś zawał serca, to nasi drzwi na zasuwę, gdyby tamci po ratunek przyszli. Na szczęście nie przyszli... Chodziło się zawsze drugą stroną drogi, siadało w innych ławkach w kościele, dzieciom zakazywało się wspólnej zabawy, a babki modliły się żarliwie, żeby ładna panna sąsiada nie wpadła w oko któremuś z naszych podrostków... Jednym słowem, stara złość.
Reklama
Tamtej Wigilii zmrok jakby szybciej nadciągnął znad lasu. Było przeraźliwe zimno, ponuro i mgliście, z gałęzi drzew zwisały jak łzy pojedyncze krople deszczu. Siedzieliśmy przy stole syci i rozleniwieni, czekając na sygnał, by zbierać się na Pasterkę, gdy córka nagle zapytała:
Pomóż w rozwoju naszego portalu
– A co by się stało, gdybyśmy teraz zapukali do ich drzwi?...
– Nie zaczynaj...
– Jest Wigilia...
– No i...? W najlepszym razie pogonią, może psem poszczują, ja ich znam!
– Oni koty mają...
– A właściwie dlaczego się do nich nie odzywacie? Co się stało...?
Milczenie.
– Babciu, coś się stało?
Milczenie.
– Babciu...
– Dobry Boże! Co cię naszło?! Święta są...
– Kto by pamiętał, o co poszło? – przyznał cicho teść – dziadek. – W rodzinie zawsze się mówiło, że lepiej z kimś zgubić niż z nimi znaleźć. Sporo krzywdy nam wyrządzili – dodał gniewnie.
– A dokładnie jakiej to krzywdy?
Teściowie popatrzyli na siebie przeciągle. Ktoś coś zamruczał, ktoś westchnął, zakaszlał, pociągnął nosem.
– Nie wiecie?! Czy nikt już nie pamięta...?
Wzruszenie ramion, lekceważące, ale już jakby ciut mniej gniewne.
– To niewiarygodne, naprawdę nie wiecie?! Nie pamiętacie nawet, o co poszło?
Zrobiła się lekka awanturka, a moja córka – nastoletnia wówczas buntowniczka, nie czekając na pozwolenie, zakręciła wokół szyi długi dziergany szal, wzięła z talerzyka opłatek i wypadła na podwórko. Dogoniło ją wołanie teściowej:
– Ani mi się waż...!
Reklama
Ale teść już z wyraźnym zainteresowaniem stał w czarnym prostokącie drzwi. Za nim szwagier, gotowy w każdej chwili ruszyć na pomoc siostrzenicy, i reszta rodziny.
Nie stało się nic. Drzwi sąsiadów uchyliły się powoli, jakby ze zdziwieniem, a może walczyły z nagłym podmuchem grudniowego wiatru. Młoda zniknęła nam na chwilę z oczu, a gdy drzwi się zamknęły – już jej nie było.
Wciągnęliśmy wszyscy głośno powietrze. Otoczyły nas jedynie cisza i zimny mrok. Nikt nawet nie drgnął. Nie wiem, jak długo trwał ten stan zawieszenia, jak długo patrzyliśmy bez słowa w brudnobrązowe drzwi domu obok. Zaintrygowani, zdziwieni, z drętwiejącymi coraz bardziej od mocnego skrętu szyjami. A potem...
Tamtej nocy wyszli do siebie z oporem, ale wyszli. Jak u Kargulów i Pawlaków, podeszli do płota trochę na sztywnych nogach, trochę zmuszeni sytuacją i tą dziwną nocą, co każe łamać nie tylko opłatki, ale i granice, złe nawyki, stare zapieczone złości.
– Niech wam Bóg błogosławi – pierwsza odezwała się teściowa, nie kryjąc już wzruszenia.
– I wam – odpowiedział drewnianym głosem siwowłosy sąsiad. – Dobra dziewczyna ta wasza wnuczka – dodał po chwili już cieplej.
Wszyscy się uśmiechnęli.
– Nooo – zaszczebiotała wyraźnie zadowolona z siebie córka – to już mamy jakiś początek.
Reklama
Ile razy myślę o cudzie bożonarodzeniowej nocy, wraca do mnie ta zwyczajna historia. Oczywiście, nie ma laurki na finał, bo choć krewni mówią sobie „dzień dobry”, to zażyłości nie ma... na razie. Dobra wiadomość jest taka, że w kościele już potrafią sobie przekazać znak pokoju i to jest – zdaniem reszty wioski – zjawisko o charakterze cudownym.
* * *
Reklama
Mama była bibliotekarką, tata nauczycielem języka polskiego, a babcia recytowała z pamięci Ballady i romanse albo Inwokację Mickiewicza przy każdej okazji. W domu zawsze się dużo czytało, rozmawiało o książkach, jeździło do teatru – „z zakładu”, jak się wtedy mawiało, czyli gdy miejscowa fabryka fundowała pracownikom uczestnictwo w tzw. kulturze wyższej. Mieliśmy też, jak wiele rodzin, swoje własne zwyczaje, tylko że my – nieco dziwaczne. Gra w państwa-miasta uczyła geografii, łamigłówki matematyczne – logicznego myślenia, a zgadywanie, kto jest autorem cytatu, dawało zwycięzcy prawo do dodatkowego kawałka niedzielnego ciasta. W Boże Narodzenie nie składaliśmy sobie nawzajem zwyczajowych życzeń, tylko przy opłatku wręczaliśmy sobie karteczki z własnoręcznie napisanym tekstem. Po kolacji i rozdaniu prezentów, a przed Pasterką odczytywało się głośno ich treść. Sporo było przy tym śmiechu i zabawy, zgadywania, kto jest autorem których, rodzinnych anegdotek i wspomnień. Mama z pietyzmem wkładała potem karteczki do pudełka, mówiąc, że chowa w nim pamięć o Bożym Narodzeniu. Gdy nasza czwórka dorosła i rozjechała się po świecie, już nikt karteczek nie pisał. Wpadało się do rodziców w Wigilię, by po bożonarodzeniowym obiedzie uciekać do swoich spraw. Nasze dzieci, inaczej edukowane i bardziej virtual niż real, nie rozumiały sensu pisania życzeń na karteczkach, skoro można je wysłać telefonem...
Gdy podjęliśmy decyzję o sprzedaży chałupy, jak nazywaliśmy nasz stary duży dom, ktoś na strychu znalazł pudełko pełne pożółkłych już karteczek, niekiedy nieczytelnych. W to ostatnie Boże Narodzenie w rodzinnym domu czytaliśmy je sobie ze wzruszeniem balansującym na granicy łez – my, stare chłopy, ale i nasze dorosłe już dzieci, i ich dzieci.
Posiwiały atrament (czy ktoś jeszcze pisze wiecznym piórem?), miejscami już nieobecny, kartki w kratkę o nierównych, bo wydartych z zeszytu brzegach i dziwnie ocalony na nim zapach dawnych chwil. Uczucie czekania na niezwykłe, na cud Narodzin, wiara, że ta noc, niepodobna do innych, naprawdę niesie ze sobą Dobrą Nowinę, odgadywanie z wyblakłych linijek autora zapisu...
Dziecięce pismo: Dobry Panie Boże, proszę Cię, żebyśmy dali radę powiedzieć w te święta tym, których kochamy, że ich kochamy. Tym, których lubimy, że ich lubimy. Tym, którym możemy pomóc, że mogą na nas liczyć...
Pismo taty: Jeśli utracicie czyjąś przyjaźń albo ktoś złamie wam serce, postarajcie się nie skamienieć ze strachu przed odrzuceniem. Starzejemy się bowiem dlatego, że unikamy miłości...
Reklama
Mama: Pamiętajmy o tych bliźnich, których Bóg nie obdarzył naszą inteligencją, urodą, zdolnościami i umiejętnością radzenia sobie z codziennością. Niech nie czują się przy nas gorsi. Miejmy dużo czułości dla tych, którzy nigdy nie zarobią porządnych pieniędzy. Ani nie zrobią tak cenionej przez ludzi zawrotnej kariery...
Babcia: Dodajmy dzieciństwu więcej blasku, a starości świętej cierpliwości...
Wujek: Miejmy w podwójnej opiece życiowych pechowców i fajtłapy, którym zawsze pod górę i zawsze wiatr w oczy...
Babcia: „Człowiek jest jak wtorek, dziś jest, jutro go nie ma”. Ćwiczmy się w szlachetnej umiejętności godzenia się z przemijaniem i nieuchronnością odchodzenia. Naszego i – co znacznie trudniejsze – tych, których kochamy.
Nieustalony autor: Życzę Wam tylko miłości. Bo czego więcej człek potrzebuje do szczęścia, jeśli nie błogosławieństwa Boga, czyli miłości właśnie?
