Reklama

CBOS: Polacy zadowoleni z rodziny i życia towarzyskiego

2019-01-14 13:47

CBOS, lk / Warszawa (KAI)

blvdone/pl.fotolia.com

Polacy są w przeważającej większości zadowoleni z relacji towarzyskich i rodzinnych oraz z dzieci i małżeństwa, choć z sytuacji finansowej już mniej. Ponadto aż w 80% wyrażają ogólne zadowolenie z życia i z optymizmem patrzą w przyszłość - wynika z najnowszego raportu Centrum Badania Opinii Społecznej (CBOS).

CBOS zapytał pod koniec ub. roku Polaków o to, co daje im satysfakcję. Dla wielu powód do zadowolenia stanowią relacje towarzyskie i rodzinne. Ogromna większość deklaruje zadowolenie z przyjaciół i bliskich znajomych (84%).

Częste jest też poczucie satysfakcji z dzieci (71% wśród ogółu badanych, a wśród rodziców – 95%) i małżeństwa lub nieformalnego, stałego związku (67% wśród ogółu, a wśród będących w związkach – 90%).

Ocena tych wymiarów jest w pewnym stopniu związana z sytuacją ekonomiczną respondentów – badani będący w dobrej sytuacji materialnej są zadowoleni ze związków i relacji z przyjaciółmi wyraźnie częściej niż ci źle sytuowani.

Reklama

Z kolei 83% Polaków wyraża zadowolenie z miejsca, w którym mieszka. Wpływ na tę satysfakcję ma przede wszystkim poziom życia badanych. Relatywnie więcej zadowolonych pod tym względem jest wśród mieszkańców wsi niż dużych miast (stutysięcznych i większych).

Zadowolenie z warunków materialnych (np. mieszkania, wyposażenia) deklaruje 67% ankietowanych. Co trzeci ocenia ten wymiar swojego życia przeciętnie (25%) lub negatywnie (8%).

Zdecydowanie rzadziej Polacy czerpią satysfakcję z wysokości swoich dochodów i sytuacji finansowej. Jedna trzecia (34%) jest z nich zadowolona, jedna czwarta (25%) – niezadowolona, a 36% określa swoją satysfakcję z dochodów jako przeciętną.

Blisko dwie trzecie Polaków (64%) odczuwa satysfakcję z wykształcenia oraz posiadanych kwalifikacji i ponad połowa (52%, a wśród obecnych lub byłych pracowników – 71%) jest zadowolona z przebiegu pracy zawodowej. Brak satysfakcji w tych dziedzinach deklaruje odpowiednio 12% i 5% (a wśród mających doświadczenia zawodowe – 6%).

Przebieg kariery zawodowej najlepiej oceniają technicy i średni personel, kadra kierownicza i specjaliści z wyższym wykształceniem, robotnicy niewykwalifikowani oraz osoby z gospodarstw domowych o najwyższych dochodach (2500 zł i więcej), natomiast relatywnie rzadziej satysfakcję w tym zakresie wyrażają rolnicy, pracownicy usług, pracownicy biurowi oraz badani znajdujący się w złej sytuacji materialnej.

Zadowolenie ze stanu swojego zdrowia deklaruje sześciu na dziesięciu dorosłych (60%), a niezadowolenie – 17%. Poziom satysfakcji w tym wymiarze znacznie wyższy niż przeciętny notujemy wśród osób mających od 18 do 44 lat, natomiast niższy – wśród starszych badanych, zwłaszcza tych po 64 roku życia.

Mniej więcej co drugi Polak (52%) z optymizmem myśli o swoich perspektywach na przyszłość. Ambiwalentne odczucia odnośnie tego, co w ich życiu nastąpi, ma 30% respondentów, a pesymistyczne – 12%. Perspektywy na przyszłość są postrzegane w dużej mierze przez pryzmat obecnej sytuacji materialnej i – co zrozumiałe – wieku.

Polacy częściej niż rok temu – a jednocześnie częściej niż kiedykolwiek wcześniej w badaniach CBOS (począwszy od 1994 r.) – odczuwają ogólne zadowolenie z życia. Obecnie do zadowolonych z życia zalicza się ośmiu na dziesięciu dorosłych (80%, od grudnia 2017 r. wzrost o 5 punktów procentowych).

Zadowoleniem z życia wyróżniają się badani mający wyższe wykształcenie, uzyskujący wysokie dochody per capita (1800 zł i więcej) oraz zaangażowani w praktyki religijne (uczestniczący w nich co najmniej raz w tygodniu).

Badanie przeprowadzono w dniach 29 listopada - 9 grudnia 2018 r. na liczącej 942 osoby reprezentatywnej grupie dorosłych mieszkańców Polski.

Tagi:
ludzie

Dziadzio nie ubek

2018-11-28 11:01

Marek Jan Chodakiewicz
Niedziela Ogólnopolska 48/2018, str. 36-37

Będzie trochę prywaty, trochę kombatanctwa i trochę kopania biurwy. Dziadzio mojej żony – Alfred Łucjan Kalinowski (syn Łucjana i Julianny, ur. 10 maja 1924 r. w Tłuchowie) to żołnierz ZWZ, TAP, NSZ-AK i NZW. Pistolet. Nie dekował się, a był w pierwszej linii. I nigdy go nie złapali

Grzegorz Boguszewski
Alfred Lucjan Kalinowski

Instytut Pamięci Narodowej dopiero w XXI wieku trafił na jego ślad. W zasadzie wszystkich jego komendantów zabili albo Niemcy, albo komuniści. Ma 94 lata. Właśnie niedawno na jego temat ignorancki urzędas wypowiedział się, że był ubekiem, a ściślej „utrwalaczem władzy ludowej”. A było tak.

Alfred Kalinowski urodził się na północnym Mazowszu, w Ziemi Dobrzyńskiej, w okolicach Płocka, w Tłuchowie. We wrześniu 1939 r. jako 15-letni woluntariusz dołączył do samoobrony. Ograniczało się to głównie do zwalczania dywersji przyfrontowej, a w jego przypadku do pilnowania volksdeutschów – sąsiadów. Trwało to kilka dni, aż wszedł Wehrmacht. Władza niemiecka natychmiast ukarała wielu uczestników samoobrony. Część aresztowano. Jeden z powinowatych dziadzia, stryjeczny dziadek mojej żony – Zygmunt Jabłoński został ujęty, a potem zatłuczono go na śmierć.

W 1940 r. dziadzia Alfreda wraz z rodziną wysiedlono z gospodarstwa. A potem wysłano na przymusowe roboty do Rzeszy. Na szczęście było blisko, bo w Prusach, dokładnie w Grosse Werder w okolicach Gdańska. I bauer był łagodny. Wiosną 1941 r. dziadzio z robót przymusowych uciekł. Głównym powodem było to, że obawiał się Eindeutschung, czyli wymuszenia przyznania się do niemieckiego pochodzenia, a co za tym idzie – wcielenia do armii Trzeciej Rzeszy.

Uciekał właściwie bez przygód. Po prostu poszedł na stację, kupił bilety, kupił piwko, otworzył niemiecką gazetę i udawał, że jest wrogiem. Natknął się nawet na kolejarza ze szwabską gapą na czapie, a ten mu po polsku powiedział, jaki jest rozkład jazdy. Dziadzio wskoczył do pociągu i dojechał na Mazowsze. Potem przedostał się do swoich. Od tej pory prowadził nielegalne życie. Ukrywał się we własnej okolicy.

Niebawem wstąpił do konspiracji Związku Walki Zbrojnej. Po prostu taka organizacja była po sąsiedzku i do niej uciekiniera zarekomendowano. Jako spalony i poszukiwany został żołnierzem wypadówki dywersyjnej pod dowództwem plut. Stanisława Gujskiego („Stef”), komendanta placówki Łęg-Słupia w rejonie pułtuskim. Brał udział w kilkunastu wyprawach bojowych, zasadzkach i egzekucjach w rozmaitych miejscach – od Płocka, przez Pułtusk, do Sierpca.

Po pewnym czasie Alfred Kalinowski znalazł się w kręgach konspiracji narodowej, a ściślej Tajnej Armii Polskiej (TAP), tam, gdzie służył rtm. Witold Pilecki. Jego bezpośrednim komendantem został por. Stefan Broniarski („Liść”). Potem północnomazowiecki TAP (z dużą częścią ZWZ) wszedł właściwie w całości do Narodowych Sił Zbrojnych. Charakterystyczne jest to, że w narodówce wszyscy mówili do siebie „kolego” bądź „koleżanko”. Czasami do starszych zwracano się: „panie kolego”. Formalnie, oczywiście, funkcjonowały stopnie wojskowe, które władze oficjalnie po części uznały, gdy Narodowe Siły Zbrojne weszły w skład Armii Krajowej.

Wiosną 1944 r. cała wypadówka „Liścia” stała się wtedy oddziałem Kedywu AK Inspektoratu Płocko-Sierpeckiego. Tak jak poprzednio Alfred Kalinowski brał udział we wszystkich ważniejszych akcjach, m.in. na Ligenschaftsgut, czyli na majątek ziemski przejęty przez nazioli, gdzie AK-owcy przeprowadzili akcję likwidacyjną niemieckiego powiernika (Treuhänder) tych dóbr. Akcja była nieudana, wilczur Niemca rzucił się bowiem na 3-osobowy patrol i ostrzegł ujadaniem pana, który zaczął niedoszłych zamachowców ostrzeliwać wewnątrz dworu z pistoletu maszynowego. Dziadzio pamięta głównie walkę z rozjuszonym psem, którego w końcu udało się zabić bagnetem.

Północnomazowiecka AK, w tym Kedyw, szykowała się na pomoc Powstaniu Warszawskiemu, stoczono kilka potyczek z siłami okupacyjnymi, w tym z tzw. Ostlegionen – oddziałami kolaboranckimi składającymi się ze Słowian wschodnich (nagminnie, choć mylnie zwanymi „Ukraińcami” albo „własowcami”). W końcu dowództwo miejscowej AK zdecydowało, że pójście na pomoc Warszawie to samobójstwo. Oddział rozpuszczono w październiku, oprócz ścisłego jądra, w którym był też dziadzio Kalinowski. Dosłużył się w AK stopnia plutonowego.

W momencie wejścia Sowietów w styczniu 1945 r. „Liść” i jego podkomendni zostali postawieni przed faktami dokonanymi. Formalnie rozwiązano AK, ale w praktyce Kedywiacy wciąż uważali się za żołnierzy Polski Walczącej. Część z nich zdecydowała się kontynuować walkę czynną. „Liść” został najpierw zastępcą komendanta Podokręgu Północnego Narodowego Zjedoczenia Wojskowego, a następnie komendantem Okręgu Mazowsze Zachód NZW (lokalnie używającego wciąż nazwy NSZ).

Wiosną 1945 r. najbardziej palącą sprawą było – obok przeżycia – oczekiwanie na jakieś konkretne rozwiązanie. Wydawało się, że wszystko wisiało w powietrzu. Liczono naiwnie na interwencję Zachodu, a potem na cud Stanisława Mikołajczyka. W międzyczasie „Liść” rozkazał swoim chłopakom i dziewczynom zadekować się i być gotowymi na ponowną mobilizację. Dotyczyło to też Alfreda Kalinowskiego.

Ponieważ wiosną 1945 r. ogłoszono mobilizację do kierowanego przez komunistów wojska, dziadzio się zgłosił, aby tam się schować. Zrobił to jednak nie w Płocku czy Ciechanowie, ale w Olszytynie – daleko od domu. Rekrutował go przedwojenny oficer WP płk. dypl. Staszewski – szef sztabu 15. dywizji piechoty „ludowego” WP. Przydział dostał najpierw do oddziału przybocznego sztabu u por. Krzyżanowskiego w ramach 50. pułku piechoty, którym dowodził ppłk Jerzy Jotkowski. Ale wnet żandarmeria wywiozła cały oddział dziadzia do Suwałk, gdzie wcielono żołnierzy do samodzielnego batalionu artylerii (moździerzy 120 mm).

Latem 1945 r. jego baterię wysłano jako wsparcie do „zwalczania band” na terenie Augustowskiego. Ich porucznik, pochodzenia żydowskiego, odmawiał jazdy w szoferce i ze strachu siadał między kanonierami, i tytułował ich: „koledzy”. W budzie było bezpieczniej, w razie gdyby ciężarówka wpadła w zasadzkę powstańców antykomunistycznych. Pojeździli po bezdrożach i wrócili do koszar. Nic się nie stało. To był właśnie epizod „utrwalania władzy ludowej”.

Dziadzio naturalnie nie ujawnił nikomu swojej służby w AK ani prawdziwego stopnia. Gdy chciano go awansować z kanoniera na kaprala, zająknął się, niestety, o swojej prawdziwej szarży. To spowodowało natychmiastowy donos do Smersza (kontrwywiadu wojskowego komuny) i dziadzio wylądował w wojskowym areszcie śledczym w Olsztynie. Siedział pół roku. Potem przeniesiono go do karnej kompanii w Rembertowie, do należącej do pp. Welliszów fabryki „Pocisk”, czyli do byłego niemieckiego obozu jenieckiego, a następnie obozu NKWD, który wcześniej rozbiły oddziały poakowskie i wyzwoliły jeńców.

Alfred siedział w rembertowskim obozie do połowy 1946 r. Po wypuszczeniu go z wojska wrócił do domu i do podziemia antykomunistycznego. Formalnie był w NZW, a nieformalnie po prostu działał z kolegami i przyjaciółmi ze wszystkich grup, w tym ROAK, którego żołnierze w tych okolicach z czasem podporządkowali się strukturom narodowym.

Organizacyjnie dziadzio stał się żołnierzem 11. Grupy Operacyjnej NSZ. Działał głównie na terenie rodzimej gminy Tłuchów. Brał udział w rozmaitych operacjach, głównie jako ustawiający i chowający, czyli w wywiadzie i logistyce. Tradycyjnie jednak dołączał się do akcji w miarę potrzeb. Na co dzień udawał prostego rolnika, a jak trzeba było, to chodził z chłopakami, takimi jak sierż. Wiktor Stryjewski („Cacko”) i inni. Zaopatrywał ich i ukrywał.

Kiedyś z wielkim zdziwieniem słuchałem opowieści dziadzia o tym, jak powstańcy antykomunistyczni „machnęli” komunistycznego sekretarza partii, Władysława Rypińskiego, w listopadzie 1947 r. Był on szefem czerwonego „szwadronu śmierci”, który porywał i mordował ludowców i ujawnionych żołnierzy podziemia, np. trzech braci Gujskich z Łęgu: Ryszarda, Juliana i Kazimierza. (Notabene, szef Rypińskiego z Gwardii-Armii Ludowej i PPR, Jakub Krajewski, w listopadzie 1945 r. porwał z banku spółdzielczego w Płońsku i zamordował kierownika tej placówki, a zarazem młodszego brata mego dziadka, Wacława Milczarczyka z PSL, w czasie niemieckiej okupacji konspiratora Stronnictwa Ludowego „Roch” w powiecie kraśnickim). Nikt nie mógł znać szczegółów operacji sprzątnięcia Rypińskiego. Wszyscy uczestnicy przecież nie żyli. A dziadzio Alfred znał, bo pewnie tam był, chociaż się tajemniczo na ten temat uśmiecha. Generalnie powstańcy z 11. GO NSZ zabili w walce 33 osoby z komunistycznego aparatu terroru. Zlikwidowano też 16 osób podejrzanych o donoszenie do czerwonych.

Zemsta komunistów była straszliwa. Ujęli „Liścia”, „Cacko” i innych. Rozstrzelali. Dla innych nie było przebaczenia. Powstańcy często woleli popełnić samobójstwo niż wpaść w ręce czerwonych. Wielką cenę płacili zwykli ludzie za pomoc powstańcom. Jak opisują Mariusz Bechta i Wojciech Jerzy Muszyński w pracy „Przeciwko Pax Sovietica. Narodowe Zjednoczenie Wojskowe i struktury polityczne ruchu narodowego wobec reżimu komunistycznego 1944-1956” (Warszawa: IPN, 2017): „Życie oddało aż 22 żołnierzy [na 130 powstańców] z patroli bojowych 11. Grupy Operacyjnej NSZ. Ujęto 103 osoby, a WSR orzekły karę śmierci wobec 24 konspiratorów – wyroki wykonano na 19 z nich. Kolejne 3 osoby zmarły podczas ciężkich śledztw. Represje objęły też wspierających podziemie cywilów – dotknęły one blisko 2000 osób (ponad 380 z nich otrzymało wyroki od roku do 15 lat pozbawienia wolności. Komuniści zagrabili przy tym mienie skazanych, konfiskując wszystko, co posiadali” (s. 250).

Tak wyglądało łamanie niezłomnych. Do tego należy dodać horror kolektywizacji wsi, z masowymi prześladowaniami, katowaniem rolników i ich rodzin, rozkułaczaniem i obozami. Ale nikt nie doniósł na Alfreda.

Dziadzio Kalinowski ożenił się w 1952 r. Poświęcił się gospodarstwu i rodzinie. Najbliższych uczył wiary katolickiej, o polityce czy swojej przeszłości nikomu nie opowiadał, nawet swojej żonie. Pamiętam, gdy babcia Kalinowska zaszokowana słuchała jednej z historyjek, którymi dziadzio mnie uraczył. Dopiero chyba w latach 70. ubiegłego wieku przyznał się do swego udziału w Armii Krajowej. Dopiero po 2000 r. IPN odkrył dziadzia i stopniowo zaczął opowiadać. Proszę pamiętać, jak głęboko komuna tkwiła u władzy na wsi.

1989 r. był przełomowy dla Alfreda Kalinowskiego. Uznał, że jest to dokładnie to samo, co było w 1956 r., czyli że komuna zaraz wróci do władzy. Uważał, że jeśli jest odwilż, to ma bardzo niewiele czasu, aby uczcić swoje koleżanki i kolegów, którzy polegli z rąk brunatnych i czerwonych. Postanowił wybudować pomnik dla nich w Tłuchowie. Zwrócił się do lokalnych władz o pozwolenie. Komuna powiedziała mu, że zgodzi się na to, o ile dziadzio wstąpi do kierowanej przez nich organizacji kombatanckiej – Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Alfred przystał na tę propozycję w maju 1989 r. Taka była cena upamiętnienia poległych.

Pomnik powstał, a potem następne na terenie gminy i okolic. Dziadzio w dużym stopniu używał swoich funduszy. W końcu kułak, nie? Ale ZBoWiD dziadzia zapisał jako „utrwalacza władzy ludowej”. Podstawa? Wyprawa ciężarówką „ludowego” WP w Augustowskie w 1945 r. Jak mówi Leszek Żebrowski, była to standardowa czynność biurokracji komunistycznej, aby poszerzyć szeregi ZBoWiD-u. Każdego wcielonego do „ludowego” WP zaliczano jako „utrwalacza”. A Leszek to wie, bo był szefem komórki weryfikacyjnej w Urzędzie do Spraw Kombatantów.

Niestety, ograniczona wiedza dała asumpt jakiemuś biurokracie, aby ignorancko storpedować próbę uhonorowania dziadzia państwowym orderem. Powinna być taka zasada, że najpierw bada się wniosek, a potem wydaje się ocenę. Dziadzio nie ubek.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Ulubiona ballada Jana Karskiego dla Pawła Adamowicza

2030-01-16 16:21

Towarzystwo Jana Karskiego

Wzruszającym finałem hołdu złożonego przez gdańszczan swemu zamordowanemu Prezydentowi Pawłowi Adamowiczowi przed Pomnikiem Neptuna była ballada „The Sound of Silence” duetu Simon&Garfunkel w wokalnym wykonaniu zespołu Disturbed. O tym, jak głośno może krzyczeć cisza.

wikipedia.org

Zastanawiając się jaka puenta muzyczna puenta mogłaby towarzyszyć przyznanej Pawłowi Adamowiczowi Nagrodzie Orła Jana Karskiego, nie przychodzi na myśl nic innego jak ulubiona ballada Profesora Karskiego „Across the Borderline” śpiewana przez Willie Nelsona.

Rzecz o przekraczaniu granicy, za którą ma być szczęście, ale można też stracić więcej niż się ma.

Mimo wszystko trzeba próbować.

Niech towarzyszy w ostatniej drodze Pawłowi Adamowiczowi.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

Franciszek: służyć Panu to słuchać i wprowadzać Jego Słowo w czyn

2019-01-20 12:34

st (KAI) / Watykan

„Służenie Panu to słuchanie i wprowadzanie Jego Słowa w czyn” – powiedział papież w rozważaniu poprzedzającym niedzielną modlitwę „Anioł Pański”. Ojciec Święty komentując czytany dzisiaj fragment Ewangelii (J 2, 1-11), opisujący cud w Kanie Galilejskiej podkreślił, że programem życia chrześcijanina jest wypełnianie zalecenia Matki Jezusa: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.

Margita Kotas

Na wstępie Franciszek zauważył, że nieprzypadkowo na początku życia publicznego Jezusa umiejscowiona jest ceremonia zaślubin, ponieważ w Nim Bóg poślubił ludzkość. „Jezus objawia się jako oblubieniec ludu Bożego, zapowiedziany przez proroków i objawiający nam głębię relacji, która nas z Nim jednoczy: jest to nowe przymierze miłości” – stwierdził papież. Dodał, że przemieniając wodę w wino Jezus przemienił Prawo Mojżeszowe w Ewangelię niosącą radość.

Następnie Ojciec Święty zwrócił uwagę na kluczowe słowa cytowanego fragmentu – wypowiedziane przez Maryję do sług w Kanie: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”. „Służenie Panu to słuchanie i wprowadzanie Jego Słowa w czyn. Jest to proste i istotne zalecenie Matki Jezusa, program życia chrześcijanina” – wskazał Franciszek. Papież zakończył swoje rozważanie wezwaniem: „Niech Najświętsza Dziewica pomoże nam pójść za jej zachętą: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie», abyśmy mogli w pełni otworzyć się na Jezusa, rozpoznając w codziennym życiu znaki Jego ożywczej obecności”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem