Reklama

Abp Michalik: To był pontyfikat na miarę wieków

2018-10-13 16:23

Rozmawiała Marta Dalgiewicz / Przemyśl (KAI)

Zdzisław Sowiński

Kardynał Karol Wojtyła był wśród papabile już podczas sierpniowego konklawe – podkreśla abp Józef Michalik. Opisuje atmosferę, jaka panowała w Papieskim Kolegium Polskim w Rzymie przed wyjazdem kardynała na konklawe i pierwsze chwile z Ojcem Świętym po wyborze. „Nie ma wątpliwości, że to był pontyfikat na miarę wieków. Nie jednego wieku, ale wieków” – podkreśla. Dodaje, że Jan Paweł II był człowiekiem, który „odpoczywał przy ludziach. A jak już był fizycznie nimi zmęczony to odpoczywał przy Panu Bogu, na modlitwie”.

Abp Józef Michalik: Właściwie to dwa razy w 1978 roku przeżywaliśmy odejście księdza kardynała Karola Wojtyły z Papieskiego Kolegium Polskiego, w którym przez całe lata się zatrzymywał. Mieliśmy dwa pożegnania przed konklawe – pierwsze tuż po śmierci Pawła VI, kiedy został wybrany Jan Paweł I. Już wtedy mówiło się o możliwościach wyboru kardynała Wojtyły na papieża. Atmosfera w naszym Kolegium też wskazywała, że ten wybór jest możliwy.

Trzeba by dodać, że Kolegium to dom dla polskich księży studentów, założony przez Księży Zmartwychwstańców w 1866 r. Ja w Kolegium mieszkałem od lutego 1978 r., natomiast od lipca byłem rektorem. Było tam wówczas dwudziestu kilku studentów, przebywających na stałe, a gościnnie zatrzymywali się biskupi. Kard. Wojtyła zawsze się tam zatrzymywał z ks. Dziwiszem, gdy przyjeżdżał do Rzymu na jakieś spotkania czy zebrania, także przed konklawe w sierpniu 1978 r. Już wtedy trochę w tej „trawie piszczało”, bym powiedział. Kardynał Wojtyła był przecież znany wśród kardynałów całego świata, miał duże kontakty, często Paweł VI go wyznaczał do różnych komisji, powierzył mu nawet wygłoszenie rekolekcji do Kurii Rzymskiej. To wszystko stworzyło tę atmosferę, że kard. Wojtyła znalazł się wśród papabile.

- Papieżem został jednak kard. Albino Luciani, który przybrał imię Jana Pawła I. Nikt nie przypuszczał, że ten pontyfikat będzie tak krótki. Po nagłej śmierci papieża, rozpoczyna się kolejne, październikowe konklawe. Kardynał Wojtyła ponownie wyjeżdża z Papieskiego Kolegium Polskiego przy Piazza Remuria 2A. Jak się później okazało – po raz ostatni.

- – Na 14 października zaplanowany był bardziej uroczysty obiad przed odjazdem kard. Wojtyły na konklawe. Tego dnia rano otrzymałem telefon od sióstr sercanek, opiekujących się biskupem Deskurem – przyjacielem kard. Wojtyły jeszcze z lat seminaryjnych – że bp Deskur zasłabł i że znaleziono go nieprzytomnego. Kardynał jak tylko się o tym dowiedział, zdecydował, że chce go odwiedzić. Widziałem wtedy, że w nim coś walczyło ze sobą. Później, gdy już jako papieża spytałem: „Czy Ojciec Święty nie miał jakiś przeczuć?”, odpowiedział: „Wiesz, jak bp Deskur zasłabł, to ja zrozumiałem, że coś niezwykłego się zaczyna dziać.” Ta choroba, to odsunięcie przyjaciela, najbliższego człowieka w Kurii Rzymskiej było jakimś znakiem dla księdza kardynała.
W czasie obiadu w Kolegium pożegnaliśmy kard. Wojtyłę. Choć na konklawe kardynałowie wchodzili o 5 po południu, kard. Wojtyła wyjechał z Kolegium tuż po obiedzie, by móc jeszcze odwiedzić księdza biskupa Deskura w klinice Gemelli. Już przy samochodzie powiedziałem: „Niech Ksiądz Kardynał jednak pamięta, żeby wrócił do Kolegium”. „Wrócę, wrócę, bądź spokojny!” – powiedział. Na co dodałem: „Czy na purpurowo, czy na biało, to mam nadzieję, że Ksiądz Kardynał wróci”.

- Jak wspomina Ksiądz Arcybiskup sam dzień wyboru Jana Pawła II?

- W międzyczasie padały różne przewidywania, prowadziliśmy rozmowy, m. in. z ks. Stanisławem Dziwiszem, który wrócił ze swoich spotkań i mówił o tym, czego się wśród kardynałów dowiedział. Ja z kolei uważałem, że im dłużej trwa ten wybór to tym lepiej dla nas, bo wtedy będzie wybrany nasz kardynał.
To nie było tylko pobożne życzenie... Pracowałem wtedy w Papieskiej Radzie do Spraw Świeckich, gdzie kardynałem przewodniczącym był kard. Opilio Rossi, bardzo świętobliwy człowiek, który poprosił mnie kiedyś i pyta: „Proszę księdza, co księża sądzą o kardynale Wyszyńskim, jak warszawscy księża odbierają kardynała Wyszyńskiego?”.

- Powiedziałem, co czułem i myślę sobie: „Aha, będzie drugie pytanie”. Ksiądz kard. prymas był przecież już starszym, schorowanym człowiekiem – to już nie był dla elektorów ten kandydat. I rzeczywiście padło następne pytanie: „A co księża krakowscy mówią, jak się odnoszą do kardynała Wojtyły?” Ja na to odpowiadam: „Powiem księdzu kardynałowi , że księża krakowscy mówią, że nie chcą, żeby był wybrany papieżem”. „A dlaczego?” – pyta zdziwiony kard. Rossi. „Bo wiedzą, kogo stracą, a nie wiedzą, kogo zyskają” – mówię. Zaczął się śmiać i już dalszych pytań nie zadawał. To był dla mnie taki mały dowód, że kardynałowie włoscy szukają kandydatów i zbierają wiadomości o naszym Kardynale.

- Podczas konklawe nie wychodziłem na czas ogłoszeń na plac Świętego Piotra, natomiast po pracy – biuro pracowało do południa – starałem się być w domu. Przypuszczałem, że gdyby nasz kardynał został wybrany papieżem, to będzie nalot dziennikarzy. I wcale się nie pomyliłem!
16 października kilku naszych księży było na placu, my w Kolegium pilnie śledziliśmy wiadomości w telewizji. W ten sposób byłem świadkiem tego, jakie zaistniało wtedy poruszenie. Na wiadomość, że został wybrany kard. Wojtyła, wszyscy poszliśmy sprzed telewizora do kaplicy zaśpiewać „Te Deum”. Pomodliliśmy się za nowego papieża i czekaliśmy, co będzie dalej.

- Kiedy nastąpiło to pierwsze spotkanie z nowo wybranym Papieżem?

- Pierwsze spotkanie nastąpiło nazajutrz. Po wyborze Ojciec Święty został jeszcze w tej samej celi, w tym samym pokoju. Nie było wówczas takich warunków, jakie mają teraz kardynałowie, że każdy ma pokój z łazienką w Domu św. Marty (nota bene wybudowanym przez Jana Pawła II).
Wtedy watykańskie biura zamieniano na cele mieszkalne, każdy otrzymywał wiadro wody i miskę do mycia i tam trwał. Dopiero na następny dzień zostało rozwiązane zebranie kardynałów. Ksiądz Dziwisz przyjechał i mówi: „Zawieziemy Ojcu Świętemu te rzeczy, które zostały w Kolegium”. Tych rzeczy nie było wiele, bo ks. kardynał jak przyjeżdżał to miał zawsze tylko dwie walizki: w jednej książki, a w drugiej rzeczy osobiste.
Pojechaliśmy do Pałacu Apostolskiego dość późno wieczorem, około 21. Strażnicy watykańscy nie pytali nas o żadne przepustki, bo jak tylko zobaczyli ks. Dziwisza to mówili: „Segretario del Santo Padre” – sekretarz Ojca Świętego. Już go znali!
Wjechaliśmy windą i poszliśmy do kaplicy, gdzie klęczał Ojciec Święty. Pomodliłem się dłuższą chwilę, ale myślę, że jest przecież już późno, a ja muszę wrócić, nie mogę tutaj zostawać. Podszedłem więc do klęczącego Ojca Świętego, by go powitać. Papież mówi: „Poczekaj, poczekaj trochę, zaraz się spotkamy”. W kaplicy był też drugi sekretarz – ks. prał. Maghee (Irlandczyk był wcześniej drugim sekretarzem Pawła VI). Trwaliśmy jeszcze chwilę na modlitwie. Potem Ojciec Święty zaczął nas oprowadzać po swoim nowym domu. Opowiadał nam, kiedy pierwszy raz tu był, wspominał m. in. wizytę na obiedzie u Pawła VI. Obejrzeliśmy całe mieszkanie, łącznie z gabinetem dentystycznym i przyległą biblioteką. Papież dzielił się wrażeniami, pierwszymi spotkaniami, bo już i na obiedzie, i na kolacji byli w Pałacu Apostolskim goście, m.in. kard. Wyszyński. Prymas zapytał wtedy Papieża, jak się czuje, na co ten odpowiedział: „Jak bym tu zawsze był”. „To właśnie jest ta łaska Boża, łaska stanu” – skomentował kard. Wyszyński.
Naprawdę widać było, że Ojciec Święty wziął już niejako w posiadanie to miejsce. Potem jak zwykle żartował. „Ksiądz Dziwisz jest bardzo smutny, a nawet miał łzy w oczach – mówi – a ja go pocieszałem, mówiąc «Stasiu, nie martw się, ty możesz do Polski pojechać, ja nie mogę»”. Zapraszał też nas do siebie: „To teraz przychodźcie na zsiadłe mleko. Nie wiem, czy tu mają”.

- W pewnym momencie Papież mówi do mnie: „Deskur, patrz, ten Deskur...” W nim to wciąż było, bardzo to przeżywał. Powiedziałem wtedy: „To jest palec Boży, proszę Ojca Świętego”. Papież zapytał, co o tym myślę. Wyjaśniłem, że moim zdaniem Pan Bóg niejako odsunął biskupa Deskura, żeby nowy papież nie liczył na niego, bo tylko Duch Święty, tylko pomoc Boża jest mu odtąd potrzebna i to będzie jego siła. Papież popatrzył na mnie, ja – młody ksiądz – pozwoliłem sobie papieżowi rad udzielać... Ale to była spontaniczna rozmowa. Myślę, że ten Boży plan się właśnie realizował.

- Ciekawe jest też to, że potem z reguły przez wszystkie lata Ojciec Święty zapraszał do siebie 16 października o godz. 17.00 na spotkanie i na Mszę Świętą tych, którzy w tym czasie byli przy nim. Było to wąskie grono osób jak ks. Dziwisz czy kard. Deskur, gdy wyzdrowiał. Ojciec Święty uważał, że ci ludzie są mu dani przez Pana Boga i wraz z nimi chciał ponownie przeżywać tę rocznicę, modlitwę, Mszę św. Potem zazwyczaj była kolacja i ks. Dziwisz odtwarzał z taśmy magnetofonowej „Annuntio vobis gaudium magnum” – tę zapowiedź wyboru papieża. Zawsze była to miła, rodzinna atmosfera.

- Jak zapamiętał Ksiądz Arcybiskup inaugurację pontyfikatu 22 października?

- - To było ogromne wydarzenie, wielka uroczystość. Przyjechali najbliżsi Ojcu Świętemu księża z Krakowa, ale też i z całej Polski. Na placu Świętego Piotra padły słynne słowa: „Otwórzcie drzwi Chrystusowi”, „Nie bójcie się Chrystusa”. Potem homagium złożyli kardynałowie z kard. Wyszyńskim.
Niezapomniane wrażenie zrobił ten widok, kiedy papież klęczy przed kardynałem, a kardynał przed papieżem. Na klęcząco, w pokorze obydwaj wobec Pana Boga się spotykali. Później w auli Pawła VI odbyło się spotkanie z Polakami, ogromnie wzruszające i piękne. Właśnie wtedy zaśpiewano: „Góralu, czy ci nie żal...” Wprawdzie ks. kard. Wojtyła nie był ściśle góralem, ale ten region i ta piosenka – tak bardzo wymowna – była wtedy jakimś symbolem. I te słowa Jana Pawła II, że nie byłoby Następcy Św. Piotra dzisiaj, gdyby nie posługa, nie charyzmat kard. Wyszyńskiego. To był gest wielkiej wdzięczności i takiej więzi braterskiej. Trzeba powiedzieć, że to było bardzo budujące.
Entuzjazm i nadzieja rozwijały się z każdym dniem. Ojciec Święty natychmiast znalazł wspólny język z ludźmi. Stało się coś niebywałego, wszyscy byli ciekawi, co ten papież powie, jak się zachowa, jaki gest wykona. W czasie inauguracji pontyfikatu Ojciec Święty poszedł do chorych. Wszyscy byli zdumieni, także strażnicy.
Ks. Dziwisz opowiadał potem, że jak tylko papież wyszedł do chorych, strażnicy dopadli go, mówiąc: „Księże, niech ksiądz ratuje, bo Ojca Świętego zdepczą”. „Zostawcie, jak zdepczą raz, nie pójdzie drugi raz” – odpowiedział ks. Dziwisz. Ojciec Święty się śmiał, jak tego słuchał. Chorzy nie mogli przyjść do niego, to papież poszedł do nich.
Wszystkie te gesty odbierano jako symbole otwarcia Papieża, znak życzliwości, tej bliskości z ludźmi, także cierpiącymi. Ludzie widzieli, że ten papież jest autentyczny, że to nie jest sztuczne, to nie jest poza.
Jan Paweł II zaczął od razu odwiedzać rzymskie kościoły i parafie, chciał poznać tamtejsze duszpasterstwo, spotykać ludzi. Dzięki temu miał rozeznanie w diecezji rzymskiej, którą uważał za swoją diecezję. Regularnie odwiedzał seminarium rzymskie, święcił księży. To świadczyło o tym, że ten papież ma bardzo duszpasterskie spojrzenie. Profesor uniwersytecki, filozof, teolog, a jednocześnie duszpasterz. Ta wszechstronność powoli się ujawniała i ludzie bardzo dobrze to przyjmowali.

- Jeśli możemy jeszcze wrócić do chwil tuż po wyborze. Ksiądz Arcybiskup wspomniał, że spodziewał się nalotu dziennikarzy na Kolegium Polskie. Czy tak rzeczywiście się stało?

- O tak! Natychmiast były telefony. Przez całą noc właściwie nie można było usnąć, bo dzwoniono z różnych stron świata. Dziennikarze zaczęli też dobijać się do Kolegium, żeby zobaczyć, skąd papież wyjechał. Umówiłem wszystkich na następny dzień, powiedziałem, w jakich godzinach będzie okazja zobaczyć pokoje gościnne, gdzie mieszkał w Rzymie kard. Wojtyła. Pamiętam, padał wtedy deszcz, ale dziennikarzy przyszło sporo. Obejrzeli te pokoje i niestety byli nieco rozczarowani, bo mieszkanie było skromne, zwyczajne. Pytali o Papieża, o to, co jadł, co lubi. Próbowaliśmy na te wszystkie pytania odpowiadać.

- Ksiądz Kardynał Wojtyła wrócił do Kolegium na biało, jako papież?

- Wrócił i to też było bardzo ciekawe spotkanie. Ja w tym czasie musiałem zacząć remont Kolegium, ponieważ część dobudowana przez księdza Strojnego po wojnie zaczęła się osuwać, pękła ściana spoinowa i trzeba ją było wymienić. To był dosyć poważny remont, który przeprowadzaliśmy w 1979 r., finał prac był przewidziany na koniec listopada. A tu nagle otrzymuję telefon, że jutro – dokładnie w rocznicę wyjazdu na konklawe – Ojciec Święty przyjedzie do Kolegium. Robotnikom powiedziałem, że wstrzymujemy prace, niech uporządkują plac. Zaprosiłem sąsiadów i znajomych księży.
Zgodnie z zapowiedzią, 14 października 1979 r. Papież przyjechał do Kolegium na kolację. Jest nawet nagranie z tego spotkania, na szczęście któryś z księży podsunął magnetofon. Ojciec Święty nawiązał wtedy do naszych rozmów sprzed konklawe: „Ksiądz Rektor namawiał mnie przed wyjazdem , żebym się dał wybrać papieżem, to będzie winda w Kolegium. Ja przyjeżdżam po roku, a tu windy nie ma”.

- Podszedłem do ks. Dziwisza i mówię: „Stasiu, słyszałeś co Ojciec Święty powiedział”. „Ty nie znasz papieża, że lubi żartować” – odpowiada ks. Dziwisz. „Ale ten żart będzie cię sporo kosztował” – skwitowałem. Na drugi dzień zamówiłem windziarzy i zrobiliśmy windę. Powiedziałem jednak Ojcu Świętemu, że nie będziemy jej używać, dopóki jej nie poświęci.

- Papież obawiał się, że pojawią się głosy, że on tylko do tego kolegium jeździ. „Ojciec Święty znajdzie sposób” – powiedziałem. I Papież znalazł sposób, bo przyjechał odwiedzić Kolegium Holenderskie, które było niedaleko naszego i potem przyszedł do nas – poświęcił tę windę i nią się przejechał, co uwieczniono na zdjęciach.
Jan Paweł II zapraszał nas też do siebie, na przykład na śpiewanie kolęd, połączone z loterią drobiazgów, które otrzymywał w czasie audiencji – jakieś pióro, jakaś lampa, obrazek czy inny drobiazg. A myśmy się budowali jego obecnością.

- Jak z perspektywy czasu, już po odejściu Jana Pawła II do wieczności, oceniłby Ksiądz Arcybiskup ten pontyfikat?

- Nie ma wątpliwości, że to był pontyfikat na miarę wieków. Nie jednego wieku, ale wieków. Po pierwsze dlatego, że Ojciec Święty wniósł nowy oddech w rytm życia Kościoła. I odbyło się to bez zgrzytów, chociaż styl pontyfikatu Pawła VI i styl pontyfikatu Jana Pawła II różniły się zasadniczo. Natomiast przejście było kontynuacją, ale jednocześnie niezwykle ubogaconą. Myślę też, że papież wniósł bezpośrednie doświadczenie duszpasterskie. Przy swoim wielkim intelektualnym bogactwie, wielkiej wizji, miał także doświadczenie konkretu. Wiedział jak te transcendentne, sprawdzone przez wieki prawdy filozoficzne i teologiczne, wprowadzić w życie. Czynił to spokojnie, a ta cicha praca przynosiła i – jestem przekonany – nadal będzie przynosiła owoce.
Jan Paweł II był ciekawy ludzi, ciekawy świata. Lubił mieć obok siebie ludzi, korzystał z tego, czego się dowiadywał w dyskusji, np. w Castel Gandolfo podczas spotkań z naukowcami. To był człowiek, który odpoczywał przy ludziach. A jak już był fizycznie nimi zmęczony to odpoczywał przy Panu Bogu, na modlitwie. Zastanawiałem się kiedyś, jak można Ojca Świętego scharakteryzować i doszedłem do wniosku, że najtrafniej opisuje go określenie mistyk, który potrzebuje także kontaktu z ludźmi – to człowiek, który chętnie trwa przed Panem Bogiem, ale najlepiej czuje się wśród ludzi.

- Kiedyś zażartowałem przy Papieżu: „Zasługi Ojca Świętego są wielkie, ale sióstr, które prowadzą kuchnię, nie są mniejsze”. Przecież tam przy stole ciągle byli ludzie – jedni byli zapraszani na obiad, inni na kolację. W ostatnim roku pontyfikatu to może już tylko ci najbliżsi, bo Papież był już bardzo słaby, ale wciąż byli ludzie. On potrzebował ludzi, lubił z nimi rozmawiać, ale umiał też słuchać. Chętnych do mówienia przy Papieżu nigdy zresztą nie brakowało, ja się czasem dopominałem nawet: „Czekajcie, niech nam Ojciec Święty coś powie”.

- Jeśli chodzi jeszcze o pontyfikat, Jan Paweł II miał łatwość myślenia, pisania, tworzenia. Obserwowałem to jeszcze przed jego wyborem na papieża, kiedy wracał z jakiegoś zebrania do Kolegium. Kardynał wysiadał z samochodu, wprowadzamy go do gabinetu, gdzie stało biurko i leżały jakieś kartki z zaczętym tekstem, a on siadał przy biurku i kontynuował tekst. Czyli on go cały czas niósł w sobie i znalazł myśl, która była mu potrzebna. Potem można to było obserwować np. podczas synodów. Wielu było przekonanych, że Papież notuje to, co tam mówią. On tymczasem mówił później: „Mam już napisane przemówienie na Anioł Pański”. Ale nie znaczy to, że nie słuchał! Miał podzielność uwagi i fenomenalną pamięć. Mimo że cały czas pisał, potrafił dokładnie spuentować to, co zostało powiedziane. To było ujmujące.
Papież nie bał się trudnych tematów. Odziedziczył po Pawle VI zapowiedź trudnego synodu o rodzinie. I ten synod został przygotowany z pomocą biskupa Kazimierza Majdańskiego, Sekretariatu do Spraw Synodu i Komitetu do Spraw Rodziny, który był przy Papieskiej Radzie do Spraw Świeckich.
Wiadomo, że w pierwszych latach Ojciec Święty encykliki czy adhortacje pisał sam, uzupełniano tylko pewne rzeczy, potem często była to współpraca, a Ojciec Święty teksty czytał, poprawiał i uzupełniał. Niekiedy zaskakiwał innych, np. dając ciekawe obserwacje na temat Kodeksu Prawa Kanonicznego. Nie był przecież kanonistą, ale był duszpasterzem i z tego względu musiał przez całe lata mieć bezpośredni kontakt z prawem kanonicznym.
Ze swego doświadczenia wiem, że kiedy był przygotowywany konkordat to pojawiła się kwestia zagwarantowania wolności sakramentalnej dla małżeństwa. Odwołałem się wówczas bezpośrednio do Ojca Świętego, mówiąc że Kościół nie może zrezygnować z błogosławienia małżeństw niezależnie od prawa cywilnego. One nie będą miały skutków cywilnych, ale uspokoją sumienie. I to zostało zagwarantowane. Myślę, że to jest przykład na to, że ten papież zostawił wytyczne czy przemyślenia, do których Kościół będzie się odwoływał jeszcze przez długie lata.

- A jakie sprawy były Janowi Pawłowi II najbliższe?

- Warto zaznaczyć, że Papież w pełni zaakceptował rytm życia Kościoła, dlatego nie likwidował niczego, co zastał. Były pewne korekty, ale kongregacje zostały te same. Sprawy, które były mu bliskie można łatwo zauważyć, bo podnosił ich rangę.
Kardynał Wojtyła przez całe lata był konsultorem przy Papieskiej Radzie do Spraw Świeckich, stąd sprawy laikatu, ruchów, stowarzyszeń czy młodzieży były mu bliskie. Jako papież powołał sekcję do spraw młodzieży, która przedtem była tylko duszpasterskim zainteresowaniem Papieskiej Rady do Spraw Świeckich. Odtąd zaś sekcja młodzieżowa miała szefa biura i możliwości, np. organizowanie spotkań światowych.
Z kolei grupę do spraw rodziny Jan Paweł II podniósł do rangi Komitetu, a potem Papieskiej Rady do Spraw Rodziny. Powołał też instytucję naukową – Instytut Rodziny przy Uniwersytecie Laterańskim.
Trzeba też zauważyć powołaną do istnienia Papieską Akademię do Spraw Życia. Papież kładł wielki nacisk na ochronę życia, zwracał uwagę, byśmy tego nie zaniedbali.
Niezmiernie ważny był też kontakt z biskupami. Przy okazji wizyt ad limina, składanych przez episkopaty co 5 lat, każdy biskup spotykał się z Ojcem Świętym kilkakrotnie. To był fenomen, który tylko za tego papieża się utrzymał. Było spotkanie w grupie biskupów, ale też spotkanie osobiste każdego biskupa z papieżem, była wspólna modlitwa, koncelebra Mszy św. i spotkanie przy stole. W ten sposób Jan Paweł II był zakorzeniony w rzeczywistość kościelną, z którą miał stały i żywy kontakt. Podobnie jego podróże do rzymskich parafii – jemu zabrakło chyba 3 czy 4 kościołów, których nie odwiedził, a niektóre w Rzymie odwiedzał wielokrotnie. To była ogromna praca, ale metodycznie rozłożona.

- 16 października, dzień wyboru papieża Jana Pawła II, stał się w roku 1986 szczególnym dniem także dla Księdza Arcybiskupa. Tego dnia został bowiem konsekrowany na biskupa i to właśnie przez Ojca Świętego Jana Pawła II.

- Jestem bardzo wdzięczny Janowi Pawłowi II, że w roku 1986 zechciał ten dzień mnie ofiarować. To budzi we mnie wdzięczność i refleksję, bo też prosiłem, żeby Ojciec Święty wytyczył mi w homilii program duszpasterskiego posługiwania. Zawsze 16 października – a nieraz i w ciągu roku – odczytuję sobie to kazanie. To jest głos świętego człowieka, który był odpowiedzialny za cały Kościół powszechny.
Za czasów kard. Glempa zostałem zastępcą przewodniczącego Episkopatu. Wówczas niejednokrotnie zastanawiałem się jak w jakiejś sytuacji zachowałby się Papież, który jako kardynał krakowski był przez wiele lat zastępcą prymasa Wyszyńskiego. Mówiłem zresztą o tym Ojcu Świętemu, a on pytał: „Jakich ty masz współpracowników? Czy masz kogoś zaufanego w najbliższym gronie? Bo ja mam Ratzingera”.
Zawsze „budowałem się” tymi kontaktami z Papieżem. Zawsze wiedziałem, że on potrzebuje ludzi. Mówiłem mu różne rzeczy, miłe i takie, które nie były miłe, ale zgodne z rzeczywistością. Można z nim było rozmawiać, pytać, dyskutować. Był bardzo szczery, autentyczny. Do niego człowiek zawsze szedł z radością, a nie z lękiem. Miał taki naturalny dar. Kiedyś powiedziałem nawet: „Jak Ojciec Święty to robi, że jest tak naturalnie dobrym człowiekiem?” „To tak wychodzi” – odpowiedział.
Dzisiaj również staram się być w kontakcie z tym Papieżem. Jak on mnie zapraszał nieraz na Mszę Świętą, tak ja go na każdą Eucharystię zapraszam i razem z nim próbuję oddawać hołd Panu Bogu. Czy potrafię go naśladować? Mogę pokornie powiedzieć – i to nie będzie fałszywa pokora – że nie potrafię. Może on mi wyprosi wreszcie tę łaskę.
Jestem wdzięczny Panu Bogu za ten dar, że mogłem spotkać tego świętego Papieża, ale i wielu innych świętych – bo święci gromadzą wokół siebie świętych – jak choćby Matka Teresa czy Chiara Lubich, kandydatka na ołtarze, założycielka fokolarynów, podobnie ks. Luigi Giussani, założyciel ruchu „Comunione e Liberazione” czy kard. Pironio – też kandydat na ołtarze. Uważam to za łaskę niezasłużoną, że Pan Bóg pozwolił mi poznać i to tak z bliska wielu ludzi takich jak kard. Wyszyński, realizować pewne zadania razem czy w ich cieniu. To jest duże zobowiązanie i szczerze mówiąc myślę z obawą, czy tego nie zmarnowałem, czy dobrze to duchowo wykorzystałem.
Mam nadzieję, że jak się będę przenosił do wieczności, to już nie będę tam w całkiem nieznanym świecie, bo prócz Pana Jezusa znam tylu świętych...

- Jak nie zmarnować owoców tego pontyfikatu? Co możemy zrobić, żeby dla nas Jan Paweł II nie stał się postacią odległą?

- Często różni prorocy i pseudoprorocy oskarżają nas, że nie znamy nauczania Jana Pawła II, z niego nie korzystamy, itd. Myślę, że to jest jedno z zadań – poznać jego myśl, ale bardziej, by naśladować jego życie. A naśladować życie papieża, to słuchać Ewangelii i pogłębiać życie duchowe. Realizować się w tym miejscu, w którym nas Pan Bóg postawił, modlić się, ufać Matce Bożej. Jan Paweł II to papież wielkiego zaufania do Najśw. Maryi Panny. Przygotowując trzecie tysiąclecie, Ojciec Święty mówił: „Wypłyń na głębię”. Świętość, to także nie bać się wielkich wyzwań.

- Rozmawiała: Marta Dalgiewicz

Tagi:
wywiad Jan Paweł II abp Józef Michalik

Boże dziecię, święty z wadowic i Nasze dzieci

2019-01-02 11:07

Agnieszka Czajkowska
Niedziela Ogólnopolska 1/2019, str. 18-19

Grzegorz Gałązka

Homilie o dorastaniu

Co rano słucham fragmentów homilii św. Jana Pawła II przypominanych przez radio. Te powroty do przeszłości mają wartość nie tylko sentymentalną – można dzięki nim na nowo przeżywać chwile pełne uniesienia, do tego pochodzące z własnej młodości. Ale pokawałkowane wypowiedzi Papieża kierowane do nas kiedyś słuchane dziś brzmią jak prawdziwe proroctwo. Mają niezwykłą wartość poznawczą w odniesieniu do teraźniejszych czasów, do naszej codzienności. Kilkanaście lat po śmierci Karola Wojtyły jego słowa precyzyjnie nazywają cywilizację, w której żyjemy, definiują zjawiska, z którymi przychodzi nam się mierzyć każdego dnia.

Papieska lekcja młodości

W nadawanym któregoś dnia fragmencie Papież wspominał swoją pracę podczas okupacji w kamieniołomach, na których terenach stoi obecnie łagiewnickie sanktuarium Bożego Miłosierdzia. To znamienna cecha słów Papieża, przynajmniej tych kierowanych do Polaków, ale myślę, że także do wiernych z innych państw: obfite czerpanie z własnych doświadczeń, naturalne sięganie do dziejów narodowej wspólnoty, śmiałe przywoływanie historii przeżywanej przez niego samego i bliskich mu ludzi, włączanie w przestrzeń duchową ludzkiej twórczości, śladów inwencji poetów, pisarzy, malarzy, muzyków. Te w pełni człowiecze świadectwa i zdarzenia w połączeniu z dokonującą się na oczach wiernych hermeneutyką Pisma Świętego tworzyły niezwykły efekt papieskich homilii – zarazem osobistych i uniwersalnych, szczególnych i ogólnych.

Niemodne buty

Tym razem było o pracy podczas okupacji i drodze do niej, pokonywanej w drewnianych butach. „Takie się wtedy nosiło” – wyjaśniał z uśmiechem stary człowiek, mając na względzie współczesne przyzwyczajenia ludzi poddawanych presji zmiennych trendów w modzie. Pomyślałam wtedy nie o humorze Papieża i jego dystansie do siebie, ale o tym, że w swojej biografii uobecnia on los tych wszystkich biednych i krzywdzonych, cichych i ubogich, którzy, w młodości poddawani upokorzeniom, egzystujący najniżej w hierarchii społecznej, w urągających warunkach higienicznych i społecznych, dzięki własnej pracy, ale przede wszystkim realizując Boży zamysł, stali się bohaterami swoich i przyszłych czasów. Nie trzeba tworzyć fikcji w rodzaju „Milioner z ulicy” – wystarczy się przyjrzeć losom Karola Wojtyły. Śmieszne, niewygodne (jak one musiały obcierać stopy, jak musiało być w nich zimą zimno!), koszmarnie brzydkie buty w przeszłości – i robione na zamówienie przez najlepszego włoskiego szewca buty papieskie! Najwyższy hierarcha, w miejscu swojej niewolniczej pracy konsekrujący świątynię Bożego Miłosierdzia! Co za precyzyjny plan, jaka pointa do historii XX wieku! Ale też jaka determinacja Papieża, by przez własny los powiedzieć wszystkim: to siła wiary i odwaga ducha są ważne, nie osobiste wygody i zapewniony komfort codzienności. W swoim wspomnieniu z młodości wyartykułował wyraźnie: prawdziwa wielkość powstaje z małości i nędzy.

Skończył się Adwent. Znów wszyscy trwaliśmy w oczekiwaniu na narodziny Boga w biedzie i poniżeniu, by uświadomić sobie, co jest autentyczną wartością.

Odnaleźć swoje dziecko

Program adwentowego przygotowania do świąt 2017 r. szczególną uwagą otaczał św. Józefa. To jego oczami próbowaliśmy patrzeć na historię Jezusa. Jednym z ważniejszych fragmentów biografii Zbawcy jest moment, w którym podczas powrotu z jerozolimskiej świątyni ginie On z oczu Rodzicom. Przez trzy dni Jego opiekunowie nie wiedzą, gdzie jest ich Dziecko. Zawsze gdy o tym słucham, próbuję sobie wyobrazić niepokój, a potem narastające przerażenie Matki i Ojca szukających zagubionego Syna. Myślę też o swoich oczach, które w przeszłości ciągle były skierowane na dzieci. Zastanawiam się wówczas, jak można było nie upilnować ukochanego członka rodziny!

Ten fragment Ewangelii według św. Łukasza jest dobrze znany i często komentowany. Mówi się, że to nie Chrystus się zgubił, a my, i to my – ludzie – mamy powracać do kościoła, w którym On na nas czeka.

Zastanowiło mnie coś, na co wcześniej – pełna próżności, bo nigdy przecież nie zgubiłam swojego dziecka! – nie zwracałam uwagi. Najciekawszy w tej historii wydał mi się moment odnalezienia Jezusa w świątyni. Mały Chłopiec z pełną powagą dyskutuje z uczonymi w Piśmie. I jest przez nich słuchany. Dorośli szanują Malca, który do nich przemawia. Trwa to trzy dni. Przez cały ten czas Jezus musiał sobie radzić, coś jeść, gdzieś spać...

Czy to jeszcze nasze dziecko?

Powracający do Jerozolimy Rodzice jakby z dystansu spoglądają na swoje Dziecko. Widzą w Nim coś nowego, czego wcześniej nie dostrzegali – a może czego się tylko domyślali? Co wtedy czują? Dumę czy poczucie obcości? Czy mają świadomość, że w tej chwili niejako stracili Syna, który stał się osobą publiczną? Na nic słowa Ewangelisty, że po powrocie do domu Jezus stał się posłuszny Józefowi i Maryi. Widok własnego Dziecka w jerozolimskiej świątyni na zawsze pozostał w Ich sercach, pewnie wzbudził niepokój. Był już przez wszystkie kolejne dni jak tykająca bomba zegarowa, jak zapowiedź niezwykłego losu Odkupiciela świata.

Doświadczenie Rodziców 12-letniego Zbawcy jest niezwykłe i zarazem typowe. Każdy, kto ma dzieci, przeżywa moment, w którym ujawniają się ich tożsamość, odrębność, jakaś dorosłość. Czasem jest to nagły i niespodziewany przebłysk talentu, czasem oświadczenie młodego człowieka o dokonanym wyborze czy powziętym zamiarze. Dotyczy to szkoły, modelu życia lub – co gorsza – ujawnia się przez niewłaściwe związki i złe czyny. Iluż rodziców przeciera oczy ze zdumienia, gdy dowiaduje się, że ich grzeczne dziecko ma na sumieniu całkiem groźne przestępstwa! Ale też zdarza się, że – widząc młodego człowieka na scenie czy odbierającego znaczące wyróżnienie – ocierają łzy dumy i wzruszenia.

Zawsze w takim momencie poznajemy własne dziecko na nowo, żegnamy się ze swoim wyobrażeniem na jego temat. Jesteśmy wtedy zmuszeni do akceptacji jego podmiotowości i samodzielności. Tracimy przy tym własną naiwność, a nasza miłość do syna czy córki staje się trudniejsza i dojrzalsza.

Dr hab. prof. nadzw. UJD Agnieszka Czajkowska
Wykładowca akademicki, miłośniczka literatury i kultury XIX wieku, uczestniczka życia parafialnego, szczęśliwa żona najlepszego męża i matka trójki kochanych dzieci.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jerzy Owsiak na bakier z Kościołem i patriotyzmem

2014-06-10 14:43

Jerzy Robert Nowak
Niedziela Ogólnopolska 24/2014, str. 42-43

TOMASZ URBANEK/DDTVN/EAST NEWS
Jerzy Owsiak

Niedawno ogłoszono, że laureatem plebiscytu „Ludzie Wolności”, organizowanego przez „Gazetę Wyborczą” i TVN, w kategorii „społeczeństwo” został Jerzy Owsiak. Dla wielu osób była to wiadomość szokująca ze względu na ogromną kontrowersyjność tej postaci. Powszechnie znana jest rola Jerzego Owsiaka jako najgłośniejszego propagatora „luzu”, amoralnej zasady „róbta, co chceta”. Wielokrotnie wskazywano również, jak za jego rzekomą apolitycznością i ogromnie nagłaśnianą przez media ideą charytatywnej zbiórki pieniędzy kryje się jednoznaczna stronniczość na rzecz lewej części sceny politycznej. W tym tekście chciałbym skrótowo pokazać niektóre – nie dość znane – fakty, ilustrujące wyraźne uprzedzenia Owsiaka wobec Kościoła i Polaków jako narodu.

Antykościelne fobie

Jerzy Owsiak jest synem pułkownika milicji, zajadłego ateisty. Jego ojciec w pisanych przez siebie życiorysach akcentował swój negatywny stosunek do duchowieństwa katolickiego, określając je jako „szkodnika państwa demokratycznego” (P. Lisiewicz, M. Marosz, „Ten, który zniszczył bunt”, „Nowe Państwo”, ½013). Niewierząca była również matka Owsiaka (por. M. Narbutt, „Człowiek orkiestra”, „Rzeczpospolita” z 31 stycznia – 1 lutego 2004 r.).

Pomimo wychowania w ateistycznej rodzinie Owsiak deklarował się jako „niechodzący do kościoła katolik” (M. Narbutt, tamże). O tym, jaki jest faktyczny stosunek Owsiaka do Kościoła, najwymowniej świadczy fakt, że na początku lat 90. Owsiak ogłaszał jako hymn w programie „Róbta, co chceta” antyklerykalną piosenkę „Hipisówka” zespołu „Kobranocka” (por. P. Lisiewicz, „Seks zamiast armat”, „Gazeta Polska” z 3 stycznia 2007 r.). Piosenka w obrzydliwy wręcz sposób lżyła Kościół i duchownych. Dość zacytować choćby taki fragment:

„Modlitw szept w usta wbiegł
O stosunkach, o stosunkach przerywanych,
Głupi pech i lęk klech
Na głupotę, na durnotę przekuwany.
Wiara w cud, mrowie złud,
Które ty opłacasz swoją mrówczą pracą,
Dokąd pójść, zewsząd gnój,
Zwykły znój, za który nigdy nie zapłacą”.

I jakoś dziwne wyszydzanie w piosence „lęku klech na głupotę przekuwanego”, „wiary w cud” nijak nie przeszkadzało „katolikowi” Owsiakowi. Promowanie antykościelnej „Hipisówki” u Owsiaka nie było czymś odosobnionym. Grzegorz Wierzchołowski wspominał: „Na pierwszej edycji Przystanku w 1995 r. gromkie brawa wśród części publiczności zebrał np. lewacki zespół «Hurt», śpiewając m.in.: «Zdejmij ten krzyż, on przeszkadza ci, zdejmij ten krzyż, wyrzuć go za drzwi»” („Przystanek Postęp”, „Gazeta Polska” z 29 sierpnia 2007 r.).

W wywiadzie dla czasopisma „Zdrowie” „katolik” Owsiak wprost wyszydzał wiarę w cudowne powstanie człowieka, mówiąc m.in.: „Ludzie za granicą mnie pytają: «Czy naprawdę u was w rządzie myślą, że człowiek powstał wyłącznie w sposób cudowny?». Co ja mam odpowiadać? Jak głupoty opowiada ktoś w autobusie, można się odwrócić. Ale kiedy to mówią politycy – trzeba reagować” (za postkomunistycznym „Przeglądem” z 14 stycznia 2007 r.).

Szokujący był fakt, że „katolik” Owsiak jakoś szczególnie nietolerancyjny był wobec Kościoła katolickiego, podczas gdy równocześnie był bardzo łaskawy wobec innych wyznań, zwłaszcza wobec sekty Hare Kryszna. Socjolog Jacek Kurzępa komentował: „Pan Owsiak z niewiadomych powodów toczy boje z Przystankiem Jezus, podczas gdy bez oporów przyzwala na aktywność sekty Hare Kryszna, która ponad 20 lat temu została uznana za szczególnie niebezpieczną przez Parlament Europejski. Hare Kryszna zaprasza woodstockową młodzież do udziału w procesjach, oferuje tanie posiłki, wabi do swojej świątyni, z której dobiegają dźwięki modlitwy i mantry. Ludzie nie rozumieją, że uczestniczą w rytuałach sekty. Ten kryptoprzekaz oceniam jako bardzo subtelną, ale niebezpieczną promocję Hare Kryszny” (wywiad A. Mikołajczyka z dr. J. Kurzępą pt. „Świat według Owsiaka”, „OZON” z 2 sierpnia 2008 r.). Trzeba stwierdzić, że dr Kurzępa (dziś już profesor) miał rację. Na tle życzliwego stosunku Owsiaka do sekty Hare Kryszna tym bardziej szokujący był jego nader niechętny stosunek do Przystanku Jezus. Po kilku latach tarć i trudnych rozmów w końcu doszło do ostatecznego konfliktu z winy Owsiaka. W marcu 2003 r. Jerzy Owsiak w wypowiedzi dla „Gazety Lubuskiej” (powtórzonej później przez KAI) powiedział, że „nie chce widzieć na Przystanku Woodstock namiotu i duchownych z Przystanku Jezus”. Na uwagę ks. Draguły, że organizatorzy Przystanku Jezus spełnili już w zeszłym roku wszystkie warunki Owsiaka, szef WOŚP warknął: „Powiedzmy, że w tym roku odbiła mi palma”. Wśród zbieraniny młodych na Woodstocku nader silnie uzewnętrzniały się nastroje antykatolickie. W czasie Przystanku Woodstock w 1999 r. pod adresem młodzieży z Przystanku Jezus, która szła w Drodze Krzyżowej, „posypały się wyzwiska ze strony zbuntowanych punków. Poleciało też kilka butelek” (M. Majewski, „Żar stu tysięcy”, „Rzeczpospolita” z 7 sierpnia 1999 r.). Wielokrotnie dochodziło do profanowania krzyża przy namiocie na Przystanku Jezus. Zdziczali młodzi ludzie rzucali w niego puszkami od konserw i wyszydzali go (por. M. Jeżewska, M. Marosz, D. Łomicka, „Przystanek Woodstock – profanują krzyż”, „Gazeta Polska Codziennie” z 3 sierpnia 2013 r.). Ze szczególną zajadłością Owsiak atakował Radio Maryja i o. Tadeusza Rydzyka. Po publikacji we „Wprost” osławionych „taśm Rydzyka” pisał w liście do prezydenta i premiera: „Słowa o. Rydzyka mogę tylko porównać z najbardziej absurdalnymi wypowiedziami partyjnych bonzów III Rzeszy (...). Jest tak głupio znowu wstydzić się za ten kraj” („Gazeta Wyborcza” z 11 lipca 2007 r.).

Owsiak: „Polacy są straszliwymi rasistami”

W 2000 r., w czasie ogromnego kryzysu prawicy w związku z upadkiem AWS-u, Jerzy Owsiak pozwolił sobie na publiczne ujawnienie całej fobii wobec swego narodu. Zrobił to w wywiadzie dla tropiącego „nacjonalizm” i „antysemityzm” antyfaszystowskiego czasopisma „Nigdy Więcej”, mówiąc m.in.: „Polacy są straszliwymi rasistami. Szowinizm narodowy jest obecny w Polsce i nie jest to wcale bardzo marginalne zjawisko. Potwierdza to np. program Wojciecha Cejrowskiego «WC Kwadrans» (...). Polacy lubią być rasistami, chcą polepszyć przez to swój wizerunek, swoją własną wartość. (...) Duży udział w tym ma np. Kościół, który, nie rozumiejąc pewnych rzeczy, stawia kropkę nad «i». (...) Jesteśmy bardzo nietolerancyjni w stosunku do osób innej wiary. (...) Polacy są okropnymi rasistami (wywiad A. Zachei z J. Owsiakiem pt. „Trzeba być konsekwentnym”, „Nigdy Więcej”, 1½000). W wywiadzie znalazło się jeszcze odpowiednie określenie Polski w porównaniu z innymi krajami, zdaniem Owsiaka – „Polska... to zaścianek”.

Owsiaka pogarda dla Polski

Można tylko żałować, że te niemądre uogólnienia Owsiaka są tak mało znane w Polsce, bo na pewno pomogłyby w podważeniu jego mitu. Przypomnijmy jednak, że kilkakrotnie nawet podczas publicznych spotkań posuwał się on do otwartego wypowiedzenia jakiejś obrzydliwej opinii o Polsce. Oto kilka przykładów. 8 czerwca 2001 r. w Żarach, podczas publicznego spotkania zorganizowanego przez władze miasta i w ich obecności, Owsiak wypowiedział słowa: „W Polsce, tym pieprzonym kraju, zawsze będą narkotyki” (MZM, „Polska to «piep... kraj»”, „Nasza Polska” z 19 czerwca 2001 r.). Oburzony wypowiedzią Owsiaka Krzysztof Błażejczyk skierował do prokuratury doniesienie o popełnieniu przestępstwa z art.133, polegającego na znieważeniu Ojczyzny. Wkrótce okazało się jednak, że prokuratura, decyzją z 31 lipca 2001 r., odmówiła wszczęcia dochodzenia w sprawie znieważenia narodu i Rzeczypospolitej Polskiej. Pismo prokuratury nie zawierało żadnej argumentacji (por. A. Echolette, „Nie obraził Narodu”, „Nasza Polska” z 21 sierpnia 2001 r.). Do ponownego plugawienia imienia Polski przez Owsiaka doszło na Przystanku w Woodstock w 2003 r. Andrzej Poray tak pisał na ten temat: „«Polska to pop... kraj. Żyjemy w pop... kraju» – tymi słowami lider Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Jerzy Owsiak otwierał Przystanek Woodstock. Wykreowany przez lewicowe media «autorytet» i później nie szczędził wulgarnych, agresywnych słów pod adresem Ojczyzny” („Owsiak i jego armia”, „Nasza Polska” z 12 sierpnia 2003 r.).

Dziennikarz „Do Rzeczy” Wojciech Wybranowski wspominał podobnie ohydne wystąpienie Owsiaka: „To był 2002 lub 2003 rok. Jeden z Przystanków Woodstock, jakie jako dziennikarz relacjonowałem (...). Mija godzina 17-ta. W tym czasie w wielu miastach Polski ludzie stają na baczność, w milczeniu oddając hołd Powstańcom Warszawskim. A w Żarach na scenę wychodzi Owsiak. (...) I dokładnie w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego wrzeszczy do tych młodych zgromadzonych pod sceną obraźliwe słowa pod adresem Polski, coś, że pieprzy Polskę, że Polska to… i tu padają bardzo wulgarne słowa. (...)” („Jerzy Owsiak publicznie zbluzgał mój kraj, czyli jak szef WOŚP «oddał hołd» Powstaniu Warszawskiemu”, www.niezlomni.com, dostęp z 11 stycznia 2014 r.). W czasie gdy mamy tak wielkie zaległości w odsłanianiu przemilczanej najnowszej historii, dziejów Żołnierzy Wyklętych czy prześladowań politycznych doby stanu wojennego, Owsiak perorował: „Trzeba raz na zawsze skończyć z tymi pomnikami ku czci i chwale, z tym wiecznym gadaniem, co kto zrobił 30 lat temu” (wywiad M. Szymaniaka z J. Owsiakiem pt. „Mam dość pomników ku czci i chwale”, „Życie Warszawy” z 25-26 sierpnia 2007 r.).

Szerszy portret J. Owsiaka znajduje się w świeżo wydanym 3. tomie mojej książki „Czerwone dynastie przeciw Narodowi i Kościołowi”, którą można zamówić – tel. 608-854-215 i e-mail: maron@upcpoczta.pl) J.R.N.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Akcja dom

O. Bartoszewski: Konsylium lekarskie Kongregacji ds. Świętych zatwierdziło cud za wstawiennictwem kard. Wyszyńskiego

2019-01-20 12:29

mp / Warszawa (KAI)

O. Gabriel Bartoszewski poinformował, że 29 listopada ub. r. konsylium lekarskie w watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych zatwierdziło cud uzdrowienia młodej dziewczyny za przyczyną kard. Stefana Wyszyńskiego. Teraz potrzeba jeszcze zatwierdzenia tegoż cudu przez komisję teologów konsultorów oraz komisję kardynałów i biskupów - aby Ojciec Święty mógł wydać oficjalny dekret o cudownym uzdrowieniu za wstawiennictwem Sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego, co otwiera drogę do beatyfikacji. Na prace te potrzeba co najmniej około pół roku.

BP KEP

O. Gabriel Bartoszewski OFMCap, wicepostulator w procesie beatyfikacyjnym kard. Wyszyńskiego, występując wczoraj wieczorem podczas gali Nagrody Społecznej im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie poinformował, że 29 listopada ub. r. konsylium lekarskie watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych zatwierdziło cud uzdrowienia młodej dziewczyny za przyczyną kard. Stefana Wyszyńskiego. Ten długo oczekiwany fakt uruchomi ostatnie procedury umożliwiające beatyfikację Sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego.

O. Bartoszewski przypomniał, że 22 listopada 2015 r. kard. Kazimierz Nycz przekazał w kongregacji na ręce jej prefekta kard. Angelo Amato 3-tomowe Positio nt. życia i zasług kandydata na ołtarze. Dzięki temu 26 kwietnia 2016 r. kongres teologów konsultorów kongregacji jednomyślnie orzekł heroiczność cnót Sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego. W ślad za tym został ogłoszony 19 grudnia 2017 r. dekret o heroiczności cnót. "W dekrecie jest zawarty przebieg życia, a na końcu zawarte jest stwierdzenie, że Sługa Boży praktykował cnoty heroiczne - wiarę, nadzieję, miłość oraz cnoty moralne - roztropność, sprawiedliwość, umiarkowanie w stopniu nadzwyczajnym” – podkreśla o. Bartoszewski.

„29 listopada 2018 r. konsylium lekarskie w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych zatwierdziło cud uzdrowienia młodej dziewczyny za przyczyną kard. Stefana Wyszyńskiego. Orzeczenie otworzyło drogę do dalszej, końcowej pracy nad procesem. Teraz oczekujemy na posiedzenie następnej komisji, komisji konsultorów teologów, której zadaniem jest stwierdzić, czy uzdrowienie tej dziewczyny miało związek z modlitwą za przyczyną Sługi Bożego. Nastąpi to w niedługim czasie” – wyjaśnia kapucyn.

„Następnie, w odstępie dwóch, trzech miesięcy, odbędzie się posiedzenie komisji kardynałów i biskupów, która wydaje już ostateczny werdykt zatwierdzający uzdrowienie” – podkreśla o. Bartoszewski, dodając, że wtedy prefekt kongregacji przedstawia papieżowi protokół tejże komisji, a Ojciec Święty poleca mu opracowanie dekretu o cudownym uzdrowieniu, który jest ogłaszany po podpisaniu przez papieża. „To oznacza zakończenie procesu. Zostaje tym samym otwarta bezpośrednia droga do beatyfikacji” – wyjaśnia ekspert.

Na pytanie, kiedy konkretnie nastąpić może uroczystość beatyfikacji Prymasa Tysiąclecia, o. Bartoszewski odpowiada: „Ona nadejdzie w swoim czasie, bądźmy dobrej myśli”.

Stefan Wyszyński urodził się w 3 sierpnia 1901 r. w miejscowości Zuzela nad Bugiem. Po ukończeniu gimnazjum w Warszawie i Łomży wstąpił do Seminarium Duchownego we Włocławku, gdzie 3 sierpnia 1924 roku został wyświęcony na kapłana. Po czterech latach studiów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim na Wydziale Prawa Kanonicznego i Nauk Społecznych uzyskał stopień doktora.

Podczas II wojny światowej jako znany profesor był poszukiwany przez Niemców. Ukrywał się m.in. we Wrociszewie i w założonym przez matkę Elżbietę Czacką zakładzie dla ociemniałych w Laskach pod Warszawą.

W okresie Powstania Warszawskiego ks. Wyszyński pełnił obowiązki kapelana grupy "Kampinos" AK.

W 1946 r. papież Pius XII mianował ks. prof. Wyszyńskiego biskupem, ordynariuszem lubelskim. 22 października 1948 r. został mianowany arcybiskupem Gniezna i Warszawy oraz Prymasem Polski.

W coraz bardziej narastającej konfrontacji z reżimem komunistycznym, Prymas Wyszyński podjął decyzję zawarcia "Porozumienia", które zostało podpisane 14 lutego 1950 r. przez przedstawicieli Episkopatu i władz państwowych.

12 stycznia 1953 r. abp Wyszyński został kardynałem. Osiem miesięcy później, 25 września 1953 r. został aresztowany i internowany. Przebywał kolejno w Rywałdzie Królewskim koło Grudziądza, w Stoczku Warmińskim, w Prudniku koło Opola i w Komańczy w Bieszczadach.

W ostatnim miejscu internowania napisał tekst odnowionych Ślubów Narodu, wygłoszonych następnie na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 r. jako Jasnogórskie Śluby Narodu. 26 października 1956 r. Prymas wrócił do Warszawy z internowania. W latach 1957-65 prowadził Wielką Nowennę przed Jubileuszem Tysiąclecia Chrztu Polski.

W latach 60. czynnie uczestniczył w pracach Soboru Watykańskiego II.

Zmarł 28 maja 1981 r. w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Na pogrzeb kardynała w Warszawie 31 maja przybyły dziesiątki tysięcy ludzi.

Proces beatyfikacyjny Prymasa Tysiąclecia na etapie diecezjalnym rozpoczął się 20 maja 1983 r. a zakończył 6 lutego 2001 r. Akta zebrane w toku procesu – w sumie 37 tomów – wraz załącznikami (książkami, artykułami autorstwa kandydata na ołtarze) zostały przekazane do watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.

28 maja 2013 r. podczas uroczystości w bazylice św. Jana Chrzciciela w Szczecinie zamknięto diecezjalny proces o domniemanym uzdrowieniu młodej osoby za przyczyną Sługi Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego. Dokumentacja trafiła do Watykanu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem